sobota, 21 marca 2015

19.

Budzi mnie lodowata ciecz, gwałtownie wylana na moją głowę. Woda spływa po mojej głowie, twarzy i kapie na podłogę, tworząc czerwonawą kałużę.
- Wstawaj, moja słodka.- Natychmiast przytomnieje na dźwięk głosu mężczyzny, który cmoka z niezadowoleniem.- Opatrzcie ją, miłość boską! To dopiero było by żałosne, gdyby umarła z powodu znacznej utraty krwi. Zobaczymy się za chwilę moja droga.- Mimo iż opuścił pokój czuje w nim czyjąś obecność.
-Wiem, że tu jesteś.- Kiedy mój głos stał się tak słaby i ochrypły?
-To dobrze, to znaczy że Twój mózg wciąż pracuje. Że jesteś w stanie gotowości. Była byś świetnym żołnierzem.- Znowu głos mężczyzny, jednak mój umysł rozpoznaje Jorana, brata Alice z którym ta wcześniej się kłóciła. Boże, ile czasu minęło od mojego zniknięcia? Słyszę jak zbliża się do mnie i mimowolnie podskakuje.
-Spokojnie. Zamierzam Cię opatrzyć. - Zamieram i pozwalam mu wytrzeć krew z mojego czoła.
- Jaki jest sens utrzymywania mnie przy życiu, skoro i tak zamierzacie mnie zabić? - Mój głos jest wciąż cichy i ochrypły, jednak zabrzmiał jakoś silniej, bardziej pewnie. Joran milczy przez kilka minut.
- Ma wobec Ciebie plany, chce żebyś zginęła, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila. Chce żeby twoja śmierć ich zraniła.- Domyślam się że mówi o Rafe i Byronie. Jak oni mogą karmić mnie takimi kłamstwami i oczekiwać że w nie uwierzę? Może jestem zraniona w głowę, może jestem trochę niezrównoważona psychicznie, co jest urazem spowodowanym śmiercią bliskich mi osób, ale nie jestem idiotką. Ludzie zmartwychwstają tylko na kartach powieści, nie w prawdziwym świecie. Śmierci nie da się cofnąć.
-Kiedy? Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila?- Wypalam, kiedy otwiera te okropne skrzypiące drzwi, szykując się do wyjścia.
-Wkrótce.- Drzwi zamykają się i przez chwilę jestem sama. Biorę kilka głębokich oddechów, aby uspokoić umysł pogrążający się coraz bardziej w mgle szaleństwa. Samotność mnie dobija. Czuje głęboki strach, nie tylko o własne życie, ale o Briana, o moją rodzinę, która nie zniesie śmierci kolejnego dziecka. Chce poczuć na sobie silne ramiona Briana, które obejmują mnie w czułym uścisku, maleńką dłoń Alexa trzymającą moją. Chce usłyszeć ponownie śmiech moich rodziców, głęboki głos ojca i stanowczy, ale łagodny głos matki. Chce zobaczyć Tammy i Drew, poczuć przy sobie ich obecność, zanurzyć się w ich śmiechu i wzajemnej, głębokiej, szaleńczej miłości. CHCĘ PŁAKAĆ. Chce płakać z bezsilności, z własnej głupoty, z tego jaka byłam i tego co powinnam zmienić. Jednak muszę być silna, musi być jakaś mała, choćby najmniejsza szansa na przeżycie, na ucieczkę.
-Nie wierzysz w moją historię.- Oznajmia tajemniczy mężczyzna. Mimo iż nie mam zasłoniętych oczu, nie widzę go. Mój wzrok jest rozmazany. Dlaczego on znowu zaczyna ten temat? Nie może mnie po prostu zabić i dać mi i moim bliskim spokój?
-Dlaczego miałabym to robić? Twierdzisz że mój brat i Byron, żyją, chociaż pochowałam ich dwa lata temu.
-Jesteś kurewsko uparta!- Stwierdza. Jest jakby głęboko tym faktem zdziwiony, co słychać w jego głosie. - Gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach Twój opór uznałbym za zaletę, teraz jednak jest tylko nic nie znaczącą przeszkodą.- Czuje że jest wkurzony. Otwieram usta by coś powiedzieć, rzucić jakąś ripostę, obrazić go, kiedy drzwi naglę się otwierają, a do pokoju wpada jakaś kobieta.
-Znaleźli nas. Właśnie przekroczyli pierwszą bramę. Sądząc po ich prędkości będą tu za około 30 min.- Mimo iż dokładnie nie widzę domyślam się że mężczyzna się uśmiecha.
-Świetnie. Każ mi dostarczyć w ciągu dwóch minut Vision 19.- Kobieta kiwa głową i znika.
-Jadą po Ciebie, lecz na Twoim miejscu bym się zbytnio nie cieszył. Nie opuścisz z nimi tego miejsca.- Wzrusza ramionami.- No, przynajmniej nie żywa.- Staram się nie panikować, że właśnie usłyszałam że umrę, tylko staram się myśleć logicznie.
Jak by to było możliwe. Biorę kilka uspokajających wdechów.
-Czym jest Vision 19?- Pytam bez ogródek .
-Jest środkiem wyprodukowanym przez moich chemików. Stymuluje mózg, sprawia że życie dosłownie przemija Ci przed oczami. Nie tylko te dobre chwilę, ale też te złe, szczególnie te złe, sprawia że przeżywasz wszystko ponownie. Jeden zastrzyk wywołuje w twoim mózgu trzy fazy. Pierwsza powoduje utratę przytomności na kilka minut, podczas której jak wspomniałem wcześniej przeżyjesz niektóre chwilę ponownie te, które wyryły się w Twoim umyśle. Kolejna faza powoduje zmianę postrzegania przez Ciebie rzeczywistości. Przestajesz rozróżniać rzeczywistość od rzeczy, które dzieją się w twojej głowie.  Ostatnia to..- Przerywają mu otwierające się drzwi, w których pojawia się kobieta w lekarskim kitlu. Podchodzi do mnie i siłą przechyla mi głowę. Chcę walczyć, ale nie mogę, nie mam siły. Kobieta wbija po prostu igłę w moją szyję i naciska tłok strzykawki. Kiedy wychodzi z pokoju, potrząsam głową, chcąc pozbyć się dziwnego odrętwienia.
- Co do ostatniej fazy sama się niedługo przekonasz.- Moje powieki robią się ciężkie, tak ciężkie że trudno jest mi utrzymać je otwarte.- Ciesz się swoimi wspomnieniami, Raven, osobami, które ponownie w nich spotkasz, ponieważ, wierz mi nie będzie Ci dane ich ponownie zobaczyć.- Moje powieki opadają, a ciało osuwa się bezwładnie na ziemię. Jak przez mgłę docierają do mnie słowa mężczyzny:- Oni będą Cię widzieć. Będą widzieć jak cierpisz, jak umierasz i nic nie będą mogli zrobić. To właśnie jest piękne. Będą cierpieć bardziej niż Ty...
Ciemność. Otacza mnie ze wszystkich stron. Gdzie jestem? Co się stało? Mrugam odpędzając łzy i wtedy światło mnie oślepia. Opieram się rękami o gładką, zimną powierzchnie szyby zza której widzę mojego bladego bliźniaka, podłączonego do różnych maszyn. Odrywam się od szyby i podążam przez pusty, biały hol w kierunku uchylonych drzwi. Czuje znajomy zapach środka odkażającego, który drażni mnie w nos. Zaglądam przez szparę w drzwiach i widzę moich rodziców, rozmawiających z nieznajomym. Lekarz. Nieznajomy jest lekarzem.
-Co chce pan przez to powiedzieć?- Mama odzywa się podniesionym głosem.
-Wciąż nie ma dawcy, a bez dawcy...- Lekarz urywa.
-Co?! Że mój syn umrze?!- Nie.-Szepcze. Nie ma dawcy. Rafe umrze. Rafe potrzebuje serca. Odsuwam się cicho od drzwi i zapłakana wchodzę do pokoju brata. Unoszę jego bladą dłoń do ust i składam na jej wnętrzu pocałunek.
-Przeżyjesz, Rafe. Dostaniesz serce.
Świat się rozmywa. Słyszę duden, gwizd pociągu i mocne uderzenie, czuje ciężar obcego ciała na swoim.
-Nie pozwolę Ci umrzeć!!- Słyszę znajomy głos. Wizja rozmywa się na chwilę, a kiedy spoglądam w górę i widzę nad sobą czarnowłosego o delikatnie brązowej skórze chłopaka z ręką wyciągniętą w moim kierunku.
-Jestem Byron...- Nagle chłopak przede mną się zmienia i widzę blondyna, którego głos nachodzi na głos poprzedniego chłopaka.- ...Brian.- Brian? Byron? Rafe? Co się dzieje?
-Wynoś się! Nie chce Cię znać!- Słyszę swój własny głos. Znowu otacza mnie ciemność z której wciąż słychać mój głos.- Nie!! Kłamiesz oni żyją!
-Ja, chce umrzeć! Nie widzisz tego?!
-Kocham Cię!- Słyszę dwa męskie głosy nakładające się na siebie podczas wymawiania tych słów. Widzę dwóch zupełnie różnych nastolatków, jeden jest blondynem o opalonej skórze i zielonych oczach, a drugi jest zupełnym przeciwieństwem pierwszego. Ma delikatnie brązową skórę, czarne włosy i brązowe oczy.
Znikają tak nagle jak się pojawili. Patrzę w dół i widzę krew spływającą po moich nadgarstkach. Przyciskam do jednej z ran dłoń,a wzrokiem szukam czegoś czym mogłabym zatamować krwawienie. Zauważam ręczniki. Chce do nich podejść, lecz naglę uchodzi ze mnie siła wraz z wypływającą krwią i padam na podłogę. Krew natychmiast pokrywa białe kafelki, a ja zaczynam płakać. Kto mi to zrobił? Ja nie chce umierać. Nie mogę zostawiać, mojej rodziny i Briana. Kto się nimi zajmie, kiedy odejdę? Zza moich ust wydostaje się szloch i przez chwilę panuje ciemność. A potem otwieram oczy. Mój wzrok wrócił do normalności i widzę teraz dobrze i wyraźnie. Po raz pierwszy mam szansę przyjrzeć się pokojowi w którym się znajduję. Jest duży, znajduje się w nim stół, dwa krzesła oraz kanapa. Przeczesuje ściany w poszukiwaniu kamer i znajduje tylko jedną w rogu pokoju. Spoglądam na kanapę i zauważam że siedzi na niej dziewczyna. Dlaczego wcześniej jej nie zauważyłam?
-Kim jesteś?- Pytam, a dziewczyna unosi kpiąco brew. -Znasz odpowiedź na to pytanie, Raven. Jestem tą która uratowała Twojego brata.- Patrzę na jej zadziwiająco bladą twarz i sine usta. Nie znam jej. Pamiętała bym, gdybym ją kiedykolwiek spotkała. Dziewczyna jest zadziwiająco do mnie podobna. Ma czarne włosy, szare oczy i usta przypominające moje. Przykłada prawą dłoń do piersi, jakby coś ją bolało. Już wiem kim jest.
-Zostałaś dawcą.- Zgaduje. Czuje się jakoś dziwnie.
-Zrobiono to wbrew mojej woli. Zabili mnie żeby ratować Twojego nędznego brata!- Krzyczy i nagle stoi obok mnie jej twarz jest przy mojej. Czuje jej zgniły oddech.
-A teraz ty poniesiesz za to karę.- Unosi rękę i kładzie ją na mojej głowie, którą przechodzi ogromny ból. Zaczynają mi się pojawiać mroczki przed oczami, aż zupełnie niespodziewanie ból znika, tak szybko jak się pojawił.
-Poniesiesz za to karę.- Słyszę szept, jednak w pokoju nikogo nie ma.- Powinnaś zginąć, dwa lata temu!- Słyszę głosy, rozglądam się po pokoju jednak nikogo nie ma, znikneła tajemnicza dziewczyna, jestem całkowicie sama.- Zginiesz! Będziesz cierpieć! Wypruje flaki twojej rodzinie! Odbiorę Ci, Briana! Zabiorę Ci, wszystko co kochasz!
-Stop!!!!!!-Krzyczę.Nie zniosę więcej, nie zniosę tych krzyków, złowrogich szeptów. Krzyczę, aż głosy znikają. Dopiero wtedy otwieram oczy i dostrzegam dwuletniego czarnowłosego chłopca, o delikatnie brązowej skórze i szarych oczach. Słychać strzały z zewnątrz. Chłopiec milczy i patrzy na mnie smutno. Po kilku minutach odzywa się cicho.
-Nie poznajesz mnie, mamusiu?- Dlaczego to dziecko nazywa mnie mamusią? Chłopiec siedzi przez chwilę czekając na moją odpowiedź, a potem wstaje.
-Czekaj!-Krzyczę, widząc że zmierza do drzwi. Zatrzymuje się obok nich i opiera o ścianę.
-Jesteś...- Urywam, a chłopiec kiwa główką uśmiechając się przez łzy w oczach. O nie, nie, nie! Czuje łzy zbierające się w moich oczach.
-To nie była twoja wina, mamusiu.- Oznajmia.- Nie wiedziałaś, a ja już dawno Ci wybaczyłem. - Pociąga noskiem.- Będę Cię chronił. Obiecuje.- Mówi, a łzy spływają mu po policzkach. Słychać szybkie kroki zbliżające się do drzwi.
-Co mogę dla Ciebie zrobić?- Pytam płacząc razem z nim. Chłopiec zerka przerażony na drzwi.
-Nazwij mnie.-Prosi. Wtedy drzwi się otwierają i zasłaniają chłopca. W drzwiach stoi wysoki, umięśniony mężczyzna, który mierzy do mnie z broni. O Boże, więc to jest chwila, kiedy umieram. Mężczyzna odbezpiecza pistolet i wtedy pojawia się i ktoś podrzyna mu gardło. Alice. Mężczyzna pada na podłogę holu.
-Jesteśmy kwita. Niech to będzie naszą słodką tajemnicą.- Mówiąc to uśmiecha się i znika. O Boże, o Boże. Co się dzieje? Nie mogę oderwać wzroku od martwego ciała mężczyzny, którego krew pokrywa podłogę holu, jednak wciąż się zastanawiam, gdzie on jest? Czy chłopiec jest bezpieczny za drzwiami? Czy widzi krew płynącą blisko nich? Czy jest przerażony tak bardzo jak ja? Do moich uszu dobiega dziwny duden, któremu nie przestają towarzyszyć strzały z broni. Mój dziwnie powolny mózg rozpoznaje je jako kroki biegnącego człowieka. Czy on już wie? Wie co zrobiła Alice i wysłał kogoś innego by mnie zabił?
-Raven!- Otwieram szeroko oczy słysząc znajomy głos. Głos, który pokochałam od chwili, kiedy usłyszałam go po raz pierwszy. Powoli unoszę głowę i widzę go. Mojego ukochanego. Briana. W jego oczach widzę ulgę, kiedy przeskakuje ciało i rzuca się by mnie rozwiązać. Coś się w nim zmieniło. Wygląda na dzikiego, wręcz niebezpiecznego zdolnego skrzywdzić wszystko i wszystkich by mnie stąd wydostać. Może to przez jego stój. Przekręcam głowę w w prawo i przyglądam się mu. Brian jest ubrany w białą koszulkę na krótki rękaw, doskonale opinającą jego twarde mięśnie, czarne długie spodnie i czarne skórzane trapery. Sprawdza szybko moją ranę na głowie i jednym sprawnym ruchem stawia mnie na nogi i ciągnie w kierunku wyjścia przy którym leżą zakrwawione zwłoki mężczyzny. Dopiero wtedy, gdy spoglądam na drzwi przypominam sobie o chłopcu ukrytym za nimi.
-Czekaj!- Wciskam nogi w ziemię i wyrywam się Brianowi. Odpycham niezwykle ciężkie drzwi, chcąc wyciągnąć zza nich chłopca, lecz kiedy mi się to udaje dostrzegam że go za nimi nie ma. To nie możliwe.-Co ty wyprawiasz, Raven?!- Ryknął na mnie Brian.- Chodź.- Łapie mnie w tali i przenosi nad ciałem mężczyzny, nad kałużą krwi. Pozwalam mu na to i po chwili biegniemy razem trzymając się za ręce, Brian robiący długie szybkie kroki i ja biegnąca trochę w tyle. Jestem otumaniona, zdziwiona, przerażona i jakby tego było mało to właśnie w tej chwili zauważam w dłoni Briana broń, którą unosi i strzela ponad moją głową. Słyszę jak kula uderza w ciało, które natychmiast pada na ziemie. Cholera. Patrzę na chłopaka biegnącego obok mnie, który wygląda na starszego, bardziej dojrzałego niż kiedy widziałam go ostatnim razem i zadaje sobie pytanie czy to jest ten sam chłopak, którego zostawiłam w klubie po tym jak przyłapałam go na pocałunku z Alice. Czy na pewno go znam? Brian zatrzymuje się nagle i osłania mnie swoim ciałem jednocześnie mierząc do mężczyzny, który celuje w naszym kierunku. Ku mojej uldze obydwoje opuszczają broń, Brian wypuszcza z siebie powietrze, a czarnowłosy mężczyzna unosi do ust krótkofalówkę i mówi: -Mamy ją. Zabierajcie stąd swoje tyłki.- Kieruje swoje spojrzenie na pomieszczenie, które kiedyś musiało być ogromnym salonem i jego widok wprawia mnie w przerażenie jakiego jeszcze nigdy nie doznałam.-Raven, nie patrz tam!- Rozkazuje Brian przyciskając mnie do swojej piersi jednak jest już za późno. Wszędzie są ciała i krew, pokrywająca wszystko od podłogi po okna i sufit. Próbuje bezskutecznie odepchnąć go od siebie, krzycząc: - Kim ty jesteś?Wciąż krzyczę i wyrywam się, kiedy Brian bierze mnie w ramiona i biegnie za mężczyzną, który wydaje się być jego szefem. Boże, czy Brian należy do jakiegoś gangu? Wreszcie udaje mi się wyrwać z objęć Briana i padam na ciężko na podłogę. Szybko odsuwam się pod chyba jedyną czystą ścianę w tym domu.-Raven...- Zaczyna Brian, podchodząc do mnie.- Nie podchodź, nie podchodź! Zostaw mnie w spokoju! Kim ty w ogóle jesteś?!- Zaczynam panikować wydzierając się w niebo głosy. Coś jest ze mną nie tak, to na pewno da się jakoś logicznie wytłumaczyć. Mój troskliwy Brian nigdy by nikogo nie zabił. To pewnie tylko sen, po środku, który wstrzyknęła mi tamta kobieta.To tylko koszmar. Czuje się dziwnie, głowa zaczyna mi pulsować. Boję się ich wszystkich, chce żeby sobie poszli. Chcę żeby zostawili mnie w spokoju. Są niebezpieczni. Szczególnie niebezpiecznym wydaje się być blondyn o imieniu Brian. Dlaczego oni mnie krzywdzą? W mojej głowie roi się od obcych głosów, które sprawiają że chcę ponownie wrzeszczeć, byle by zniknęły jednak milczę, a łzy spływają po moich policzkach. Jednak głosy są dobre,sprawiają że widzę ludzi takimi jakimi są naprawdę. Przyciskam dłonie do uszu wciąż powtarzając słowo: Przestańcie i unoszę głowę. To co widzę sprawia że zaczynam krzyczeć.


________________________________________________________________________
Ta dam! I oto jest nowy, prawie jak wyprany w Perwollu, rozdział! Jak obiecywałam jest jeszcze więcej zamieszania i życiowych rozterek Raven. Wszystko to co znała okazuje się być inne niż oczekiwała. Wiele jeszcze się wydarzy w następnych rozdziałach i mam nadzieje że zachęciłam tym rozdziałem, was do dalszego czytania. Proszę o komentarze i wasze opinie.