poniedziałek, 20 października 2014

13.

Minęły 4 dni od tamtej rozmowy. Przez cały ten czas, Brian nawet słowem nie zająknął się o Simonie czy zdarzeniach jakie miały miejsce na samym  początku naszej wycieczki. Jednak to nie sprawiło że choćby na chwile zapomniałam o tym co powiedział Brian.
Jaki to musiał być zbieg okoliczności, żeby nowy uczeń przypadkiem znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Zaledwie parę minut po tym jak ktoś Cię zepchnął. Pomyśl o tym, Raven. 
I to właśnie nie daje mi spokoju. Dlaczego ktoś taki jak Simon Reyes chciałby mojej śmierci? I co najważniejsze dlaczego Brian w ogóle wyciągnął takie wnioski? Brian coś ukrywa, jednak każdy z nas ma swoje własne sekrety. Tak jak ja. I dlatego właśnie o nic nie będę go pytać. Zaufam mu i poczekam aż sam wyjawi swoją tajemnice.
-Halo?? Jest tu kto? - Widzę rękę machającą mi przed twarzą. Mrugam szybko i odrywam spojrzenie od ogniska na twarz intruza. Ku mojemu zdziwieniu jest to twarz a raczej głowa  Tobiasa Brown'a, chłopaka któremu Brian praktycznie chciał odgryźć głowę po tym jak nauczyciel kazał mu zaprowadzić mnie do pielęgniarki.
-Hej. Ja... Umm... zamyśliłam się.- Mówię drapiąc się w tył głowy. Tobias wybucha śmiechem, co przyprawia mnie o delikatne rumieńce.
-Tak. Zauważyłem. Twój wyraz twarzy... Wyglądałaś jakby twoje ciało było tylko pustą powłoką, a ty, to kim jesteś dryfowało gdzieś tam.- Kończąc stuka delikatnie w moją skroń.
-Taaa. To czasami jest ...- Urywam w poszukiwaniu odpowiedniego słowa. Ku mojej uldze Tobias zmienia temat.- Więc już wróciłaś? Jesteś tu z nami obecna? Duchem i sercem?- Marszczę brwi.- Chodzi mi o to co działo się z Tobą przez ostatnie dwa lata.- Aha i wszystko jasne. Kiwam głową.- Taaa. Wróciłam i już wszystko w porządku. Brian. On ...- Kolejny raz urywam w poszukiwaniu idealnego słowa, tym razem określającego to co Brian dla mnie zrobił tym zderzeniem, kiedy się poznaliśmy. - Potrząsnął Tobą. Sprawił że wydostałaś się z za tej ściany, którą zbudowałaś by chronić swoje potrzaskane serce i nie zwariować.- Jeszcze kilka miesięcy temu zignorowałabym Tobiasa albo nakrzyczała na niego że wchodzi w moje życie z butami. Teraz wiem że ma racje. Teraz wiem że potrzebowałam kogoś kto wszedłby z butami w moje życie i trzymał się tak bardzo mocno by w nim zostać, jak Brian. - Ale wierz mi. Tylko wariaci są coś warci.- I z tymi słowami odchodzi. Gdy dłużej myślę o naszej rozmowie, tym większy znajduje sens w słowach Tobiasa. Zaczynam rozumieć że potrzebowałam takiej rozmowy z kimś z zewnątrz. I czuje jak niewielka część tego okropnego ciężaru który noszę znika.
- Wszystko w porządku, skarbie?- Brian kuca i całuje mnie w policzek. Przewracam oczami. Jest cholernie opiekuńczy od dnia wypadku. Nie żeby wcześniej nie był.
-Tak, tak.- Muzyka w tle zmienia się na wolniejszą. Brian patrzy na mnie z szerokim uśmiechem. Kłania mi się i pyta szarmancko:- Czy zechciałaby Pani zaszczycić mnie tańcem?- Kręcę głową na pomysły mojego chłopaka i z jego maleńką pomocą wstaje. Mój niezrównoważony  chłopak obejmuje mnie w talii i przenosi kilka metrów dalej. Stawia mnie na ziemi, wciąż obejmując mnie swoimi umięśnionymi ramionami. - Nie wygłupiaj się Brian. Nie umiem tańczyć. - Szepcze głośno. Jednak mój chłopak wzdycha głośno z wyraźną ulgą. - Dzięki bogu, bo ja też nie. Było by bardzo źle, gdybym się zbłaźnił przed moją piękną, piękną dziewczyną.- Opieram głowę o jego pierś i kiedy chichocze słyszę śmieszne dudnienie wydobywające się z jego piersi. Kołyszemy się przez chwilę aż naglę wyczuwam pewną zmianę w Brianie. Podnoszę głowę i patrzę w jego cudowne zielone oczy.
-Raven, ja... Muszę Ci coś powiedzieć.- Przenoszę ręce na jego szyje wciąż na niego patrząc. Brian odwzajemnia moje spojrzenie, patrzy na mnie tak jakby czegoś szukał. Wreszcie bierze głęboki wdech i przytulając mnie do siebie mówi: Nic. Już nic. Stoimy tak po prostu się przytulając aż kończy się piosenka.
-Wracamy?- Pyta. W odpowiedzi kiwam głową.

*
Dlaczego ja w ogóle pakuje tego słodkiego, lenia jakim jest Brian? Ach, no tak jest moim chłopakiem i chce mi się płakać, kiedy widzę jak to dziecko pakuje ubrania do walizki. No dobra pakowanie to nie jest słowo, którym bym określiła to co robił Brian. To było raczej wrzucanie. A potem po prostu, najzwyczajniej w świecie kazał mi na niej usiąść. Tak właśnie dlatego teraz go pakuje.
-Skończone.- Mówię podnosząc się z podłogi i podziwiając moje dzieło.
-Wiesz że nie musiałaś.-Zasuwa walizkę i stawia ją na nóżkach.- Wiem.-Odpowiadam.
Przez chwilę rozgląda się po pokoju.- A gdzie twoja walizka?- Pyta. Chichoczę widząc jego minę.- W holu.
Unosi brew i kręcąc głową wychodzi z pokoju z walizką w ręku.
-Głupek.-Mówię cicho.
-I tak Cię słyszę!!- Odkrzykuje, sprawiając że śmieje się jeszcze bardziej. Podchodzę do łóżka, poprawiam pościel i naglę moją uwagę przykuwa coś błyszczącego. Pochylam się i wyciągam rękę najdalej jak się da, starając się wyciągnąć owy błyszczący przedmiot. Muskam czubkami palców chłodne srebro i rozpoznaję coś znajomego w tajemniczym przedmiocie. Kiedy go wyciągam razem z ręką spod łóżka oniemieje z wrażenia. Moja bransoletka! Ta sama którą kilka dni temu zgubiłam. Bransoletka od Rafe! Oglądam ją z każdej strony i po dokładnych oględzinach stwierdzam że nie jest uszkodzona. W takim razie musiała mi się zsunąć z nadgarstka, kiedy spałam pierwszego dnia obozu. Zapinam ją najciaśniej jak mogę na prawym nadgarstku, tam gdzie zawsze było jej miejsce. Czuje nie wyobrażalną ulgę mając ją z powrotem.
-Idziesz, Raven?- Słyszę zza pleców głos Briana.
-Tak.- Z małą pomocą mojego chłopaka wstaje i razem trzymając się za ręce idziemy do autobusu.

*
Po długiej podróży do domu, szkolny autobus wreszcie zatrzymał się na szkolnym parkingu. Z jednej strony cieszę się że jestem już w domu, a z drugiej jestem przerażona. Czuje jak niewidzialna ręka ściska moje serce, przypominając o jutrzejszym dniu. O dniu pełnym smutku i cierpienia. Wysiadam z autobusu za Brianem i od razu zauważam czarną limuzynę i stojącego przy nim Romana. Wzdycham zatrzymując się na chwilę na schodkach autobusu. Dlaczego myślałam że mogło by być inaczej? Przytulam się do ciepłego ciała Briana i całuje go namiętnie ignorując gwizdy i wiwaty innych uczniów.
-Do zobaczenia jutro.- Mówi Brian muskając delikatnie moje usta. Nie miałabym serca, gdybym  mu powiedziała że w najbliższym czasie się z nim nie spotkam. Ściska mnie ostatni raz nim mnie wypuści. Nie odwracając się biegnę do samochodu.
-Zawieź mnie do domu, Roman. Jedź tak jakby skończyć miał się świat.
*Brian*

Raven zaczęła się dziwnie zachowywać od chwili kiedy wjechaliśmy do Waszyngtonu. Jednak postanowiłem na nią nie naciskać i poczekać aż sama mi powie co ją gryzie . Oczywiście jeśli będzie chciała. Nie jestem jakimś wścibskim, pokręconym nastolatkiem który musi wszystko wiedzieć. No dobra może jestem pokręcony i nie jestem już nawet nastolatkiem, ale naprawdę zależy mi na Raven. Wciskam guzik pilota przyczepiony do czarnego kluczyka od mojej czarnej Hondy NSX. Samochód pika głośno. Natychmiast zajmuje miejsce za kierownicą i wsadzam kluczyk do stacyjki. Wciskam sprzęgło, wrzucam jedynkę i dodaje gazu, puszczając powoli sprzęgło. Samochód rusza, a ja kieruje się do dzielnicy w której mieszka mój kumpel, a zarazem szef Zeke. Jadę pustymi ulicami Waszyngtonu, obserwując mijane przeze mnie różnorodne budynki. Z tym miejscem związanych jest wiele moich najpiękniejszych wspomnień. Wszystkie związane z Raven, która szybko staje się moim powietrzem, moim narkotykiem, całym moim światem. Zaczynam czuć do Raven coś więcej i wszystko to co przed nią ukrywam ciąży mi na sercu. Od początku zmuszony byłem ją okłamywać, a nie chcę by kiedykolwiek stanęły między nami moje kłamstwa. Przy Raven czuje się w pełni sobą, nie czuje że muszę udawać kogoś innego. Raven jest piękna i co najważniejsze jest moja. Przyśpieszam do 120 km i już po minucie jestem na miejscu. Wyciągam kluczyk ze stacyjki i wysiadam. Naciskam odpowiedni guzik na pilocie i słyszę znajomy odgłos zamykania zamków. Jednym krokiem pokonuje trzy schodki i pukam do szklanych drzwi. Otwiera mi Hallvor, starsza kobieta która jest matką Zeke.
-Cieszę się że cię widzę, Brianie.- Mówi ściskając mnie mocno.
-Ja za tobą też, Hallvor. Gdzie on jest?
-Jest w sypialni. Od godziny chędoży jakąś dziwkę.- Odpowiada mi gniewnie. W jej głosie słychać cień francuskiego akcentu. Kiwam głową i Hallvor znika gdzieś w holu. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest sypialnia Zeke więc podążam za dźwiękami rodem z kanału Animal Planet. Po kilkunastu sekundach staje przed drzwiami do sypialni Zeke i wale w nie pięścią.
- Kończ to pieprzenie, Zeke!- Siadam na kanapie w salonie, który znajduje się kilka pomieszczeń dalej od sypialni. Jednak wciąż słyszę te dzikie jęki i okrzyki. Po około kilku minutach jęki ustają i wreszcie drzwi się otwierają. Z pokoju wychodzi czarno włosy chłopak o niebieskich oczach. Jego ciało pokrywa opalona skóra i liczne tatuaże. Jego mocno opalona skóra, pokryta tatuażami opina twarde mięśnie. Słyszę specyficzny dźwięk wydawany przez jego metalową protezę, która zastępuje całą jego prawą nogę od stopy do kolana. Zeke z ponurą miną siada naprzeciw mnie na fotelu.
- Po pierwsze co ty tu robisz. A po drugie dlaczego pieprzysz tą laskę, kiedy masz dziewczynę?
-Po pierwsze brachu, moja dziewczyna ze mną zerwała, a po drugie przyjechałem zobaczyć jak się ma nasz obiekt.
-Serio Zeke? Obiekt?- Straszy ode mnie mężczyzna, który jest dla mnie jak brat zaczyna mnie wkur***ć.
-Wiesz o co mi chodzi. Zależy mi na ochronie dziewczyny, jej brat nie żyje a ja obiecałem mu że będę ją chronić. Raven jest dla mnie jak siostra, dlatego wole się upewnić że jest bezpieczna.
-Nie ufasz mi , Zeke?- Przewraca oczami jednak po chwili poważnieje.
-Ufam. Jednak cały czas zastanawiam się czy to być dobry pomysł, by powierzyć Ci opiekę nad Raven.
Teraz to jestem naprawdę wkur***ny.
-O co ci chodzi, Zeke?
-Wiesz o co mi chodzi, Brian. Czujesz coś do tej dziewczyny odkąd po raz pierwszy ją zobaczyłeś. A była wtedy z Byronem. Ale ciebie to nie powstrzymało i w końcu znalazłeś sposób by z nią być. Wtedy myślałem ze to dobry pomysł, ale teraz już nie jestem tego pewny.

To jest jawna obelga. Wstaje i ignorując mężczyznę zmierzam w kierunku wyjścia. 

____________________________________________________________________________
Oto i kolejny. Jeszcze nic się zbytnio nie dzieje lecz to się zmieni wraz z następnymi rozdziałami. No tym razem było kilka komentarzy. Obowiązuje ta sama zasada co w poprzednim rozdziale, tylko bez oszustw. 
Lecę pisać 15. Do następnego!
Wklejam wam tu zdjęcie samochodu Briana:


piątek, 3 października 2014

12.

Siedzę na zadziwiająco miękkim krześle obitym czarną skórą, które stoi za drewnianym biurkiem w kolorze orzecha amerykańskiego. Cały gabinet jest utrzymany w ciemnych stonowanych kolorach. No dobra wszystko jest stonowane oprócz krwisto-czerwonej skórzanej dwuosobowej kanapy, na której miewam zwyczaj spać, kiedy pracuje do późna. Na biurku wszystko jest poukładane, po prostu idealne dzięki mojej wspaniałej dziewczynie Laurze, która lituje się nade mną i ogarnia bałagan który zazwyczaj robię. Na czystym blacie biurka stoi kilka ramek ze zdjęciami na których jestem z Laurą na plaży, zdjęcie mojej siostry i młodszego brata, aktualne zdjęcie braciszka i jedno z najcenniejszych jakie mam. Na tle granatowego nieba pokrytego milionami gwiazd, stoją trzy elegancko ubrane osoby. Młodsza dziewczyna która jest dla mnie jak siostra, ubrana w krótką, białą sukienkę stoi po środku, a na jej prawym nadgarstku tuż od bransoletki ode mnie spoczywa biały kwiatek od jej chłopaka. Po lewej stronie stoję ubrany w marynarkę i czarne spodnie, a po prawej chłopak mojej siostry a zarazem mój najlepszy przyjaciel, Byron. Byliśmy na nim tacy szczęśliwi. Wtedy nie dosięgały nas troski zwykłego życia. Żyliśmy chwilą, wyznając zasadę: Żyje się tylko raz. Mieliśmy naszą zasadę, siebie nawzajem i to nam wystarczało. A potem dosięgła nas śmierć.
Mrugam szybko nie pozwalając demonom przeszłości, powrócić i zapanować nade mną . Odrywam spojrzenie od fotografii i szczęśliwych na nim ludzi i przenoszę je na znajdujące się przede mną białe teczki, ułożone w schludnym rządku, jedna nachodząca na drugą. Na brzegu, każdej teczki, widnieją pionowo zapisane nazwiska: Marcus Collins, Mikaela Collins, Raven Collins, Raphael Collins, Brian Dubrinsky, Tamsyn Wilson, Andrew Hunter i Simon Reyes.

*Brian*
-Z kim rozmawiałeś?- Słyszę zaspany głos Raven dochodzący zza moich pleców. Cholera.
-Mam nadzieje, Brianie Dubrinsky że to nie byli moi rodzice.- Patrzę prosto w jej gniewne szare oczy, które pod wpływem gniewu zamieniają się w płynną stal. Ma śliczne oczy. Mówiłem jej o tym ? Jeśli nie to muszę to zrobić.
-Oczywiście że nie. Tym się zajmą nauczyciele.- Obejmuję ją delikatnie. Opiera czoło o moją klatkę piersiową i wzdycha. Przesuwam ręką po jej plecach i czuje jak mocno napięte jest jej ciało.
-Powinnaś wracać do łóżka.-Mówię po chwili.
-Jesteśmy na biwaku, Brian. Powinniśmy być na zewnątrz z innymi.
-Raven ...-Zaczynam mając milion gotowych do użycia argumentów.
-Wiem, wiem.- Odwraca się i utykając wraca do pokoju. Kręcąc głową, idę za dziewczyną.

*
Jest środek nocy. Raven leży tuż obok odwrócona plecami w moją stronę. Wyślizguje się cicho z łóżka, zaciskając mocno oczy i przeklinając w myślach swój pęcherz, kiedy podłoga pod moimi stopami głośno skrzypi. Zamykam drzwi z cichym stuknięciem i prawie w podskokach biegnę do małej łazienki. Kiedy już mój pęcherz zostaje opróżniony, spuszczam wodę i staję przed umywalką. Odkręcam kran i natychmiast nabieram wody w ręce. Przemywam twarz, pocierając mocno zmęczone oczy i zakręcam kurek, jednocześnie sięgając po ręcznik. Wycieram nim twarz i odwieszam go na plastikowy haczyk, gdzie jego miejsce. Patrzę w duże, lekko zabrudzone lustro. Momentalnie przypomina mi się rozmowa Raven i Tammy.

- Tammy, ja chyba zwariowałam.-Mówi cicho Raven. Mimo iż znamy się dopiero od niedawna potrafię poznać, kiedy moja dziewczyna jest zdenerwowana. To jest właśnie ta chwila.
-Czemu tak myślisz?- Tammy łapie ją delikatnie za obandażowaną dłoń.
-Wydaje mi się...-Raven bierze głęboki wdech.- Tak?
-Ktoś mnie popchnął, Tammy. Ktoś chciał bym zginęła.

Słowa Raven odbijają się w mojej głowie, pozostawiając po sobie dziwne echo. To nie może być przypadek że najnowszy uczeń naszej szkoły, dziwnym zrządzeniem losu znajduje Raven kilka minut później po tym jak ktoś ją zepchnął. I oto kolejnym dziwnym trafem Simon Reyes zostaje bohaterem ! Gratulujemy Brianowi Dubrinskiemu za jego nadzwyczajną głupotę! Cholera muszę przestać być sarkastyczny i wziąć się do roboty. Gimenez wie już o Raven i prawdopodobnie wysłał jednego ze swoich bezmózgich pachołków by zrobił krzywdę mojej Raven. Moja Raven. Jak to cudownie brzmi. Ona cała jest cudowna i prawdopodobnie mnie znienawidzi. Baa, pewnie znienawidzi całą naszą trójkę za ukrywanie przed nią prawdy. Miejmy nadzieje że tak się nie stanie i mimo wszystko, że kiedy nadejdzie czas wyboru, Raven wybierze mnie. A do tego czasu muszę zająć się wszystkim, co stanowi jakiekolwiek zagrożenie dla Raven. W końcu dlatego zostałem tu wysłany. By chronić Raven.

*Raven*

-Uspokój się, mamo! Już Ci mówiłam że nic mi nie jest.- Przerywam słuchając tyrady jaką prawi mi od kilkunastu minut wyrzucając z siebie słowa z prędkością światła.- Nie ma sensu robić niepotrzebnego zamieszania. Po prostu się potknęłam, ale na szczęście Simon tak jak ja odłączył się od grupy i mnie uratował. No i mam Briana.
-Jesteś pewna że się potknęłaś? I nikt Ci w tym nie pomógł? I kto to w ogóle jest Simon? To twój chłopak?
-Tak. Jestem pewna. Simon jest nowym uczniem i nie, nie jest moim chłopakiem. - Źle się czuje okłamując własną matkę, jednak nie mogę jej powiedzieć że ktoś mnie popchnął bo najprawdopodobniej zabrała by mnie z obozu, albo wysłała całe Secret Serwis, a tego byśmy przecież nie chcieli.- Czy poczujesz się lepiej jeśli obiecam Ci że będę dzwonić co dwa dni abyś była pewna że nic mi nie jest?
-Co wieczór.- Mówi swoim twardym, nie znoszącym sprzeciwu głosem.
-Stoi. Do zobaczenia w domu! Ucałuj ode mnie Alexa! -Rozłączam się szybko nim zdąży zmienić zdanie. Cholera. Nie mogę uwierzyć że się udało. Dla całkowitej pewności wyglądam przez okno. Nic. Tylko uczniowie i opiekunowie. Żadnego FBI czy Secret Serwis. Odkładam mojego iPhone'a na szafkę i poprawiam kucyk, który zrobiłam dwie godziny temu. Wyciągam buty z szafy z zamiarem założenia ich i udania się na stołówkę, kiedy do domku wpada Tammy.
-Raven! Raven!- Słyszę jej krzyk rozbrzmiewający po domku. Jezu, czego ona tak wrzeszczy? Nim zdążę odpowiedzieć, Tammy wpada do sypialni w swoich czarnych szpilkach, o mało co się nie przewracając.
-Musisz ze mną iść i to szybko.- Nie zważając na moje nie zawiązane sznurówki, łapie mnie za rękę i wyciąga z sypialni. Po tonie jej głosu wyczuwam że skoczyła jej adrenalina ,ale zapewne to po biegu w tych czarnych szczudłach. Wciskam pięty w podłogę skutecznie zatrzymując przyjaciółkę.- Co się stało, Tammy? Nie możesz mnie tak po prostu wyciągać z sypialni, nie mówiąc mi o co chodzi.- Patrzę na nią ze zmarszczonymi brwiami.
-Brian przycisnął Simona. Nie wierzy że nowy znalazł się tam przypadkiem. Raven! On myśli że Simon Cię zepchnął. Ba on jest tego pewny!- Mrugam szybko i wybałuszam oczy.- Co?! Skąd on wie, albo w ogóle domyśla się że ktoś mnie zepchnął?- Mówię gorączkowo wiążąc sznurówki. Unoszę głowę i patrzę na Tammy.- Powiedziałaś mu?
Dziewczyna patrzy na mnie jak na wariatkę. - Oczywiście że nie! Jak mogłaś w ogóle tak pomyśleć? - Kręcę głową i podnoszę się. Od razu zauważam że Tammy zmieniła szpilki na inne buty. - Gdzie on jest?- Pytam, zmierzając do drzwi.- Za domkami jest boisko do piłki nożnej. Zeskakuje z małego tarasu i kieruję się we wskazanym przez Tammy kierunku.
-Raven! Czekaj!- Woła Tammy z za moich pleców.- Po co? Muszę tam być tam najszybciej jak mogę. Nie chcę żeby zrobił coś głupiego.
-Idę z tobą. Myślisz że dlaczego zmieniłam szpilki na buty gotowe do biegu?- Zatrzymuje się i odwracam. - Tammy założyłaś miętowe sandałki!- Mówię wskazując ręką jej buty.
-Każdy but na płaskim obcasie jest dobry do biegania.- Wzrusza ramionami i wspólnie kierujemy się na boisko. Po kilkunastu przemierzonych metrach zastanawiam się skąd Tammy wiedziała o Simonie i Brianie. Patrząc na miękki grunt pod stopami, doskonale wiem że nie przeszła by tędy w tych czarnych szpilkach.- Skąd wiedziałaś o Brianie?- Wzrusza ramionami.
-Od Drew. Wysłał mi sms'a. Sama widzisz że nie przeszła bym tędy nie ryzykując zniszczenia moich butków.- W oddali widzę Briana, Drew, Simona i Desmonda, którego zdaje się bawić ta cała sytuacja. Z jednej strony nie zdziwiłabym się gdyby to Desmond podsunął Brianowi myśl że Simon mógłby mnie zepchnąć, ale z drugiej doskonale wiem że Brian nie daje sobą manipulować. Biorę głęboki wdech i postanawiam nie wyciągać pochopnych wniosków i dowiedzieć się co jest grane. Przyśpieszam kroku i po kilku minutach jestem już przy Brianie. Simon i Desmond gdzieś zniknęli, więc domyślam się że mnie zobaczyli i zwiali.
-Co ty wyprawiasz Brian?- Wybucham. Straciłam już całą cierpliwość w stosunku do tego młodego, upartego mężczyzny. - Nic. - Robi tą swoją minę niewiniątka, marszcząc przy tym czoło.
-Co zrobiłeś Simonowi i najważniejsze dlaczego?!- Otwiera usta żeby zaprzeczyć.- Nie, znieważ się kłamać, Brian.- Ostrzegam.- I najważniejsze skąd wiesz o moich domysłach?
-Ja... Ummm... Usłyszałem.- Co?! Stał tam pod drzwiami i podsłuchiwał, kiedy rozmawiałam z Tammy?!- Podsłuchiwałeś?- Patrzę na niego z niedowierzaniem. Czuje się też w pewnym sensie zdradzona. Ufałam Brianowi. Co ja gadam wciąż mu ufam i czuje do niego coś więcej niż tylko zaufanie. Coś czemu nie jestem jeszcze gotowa podołać. Coś co może mnie zniszczyć. Słowo w słowo.
-Nie. Naprawdę. Usłyszałem przypadkiem. Chciałem wejść i spytać czy chciałabyś coś ze stołówki i wtedy usłyszałem.- Tłumaczy się. Mówiąc to patrzy mi prosto w oczy. Jakimś cudem wiem że mówi prawdę. - To nie wyjaśnia, dlaczego zaatakowałeś Simona. Bo inaczej nazwać tego nie można.- Bierze głęboki wdech.- Jaki to musiał być zbieg okoliczności, żeby nowy uczeń przypadkiem znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Zaledwie parę minut po tym jak ktoś Cię zepchnął. Pomyśl o tym, Raven.- Czyżby Brian sugerował...? Nie to nie możliwe.
-Sugerujesz że niby Simon próbował mnie zabić?- Po prostu nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego Simon chciałby mnie zabić?

Otwiera usta.- Przestań.- Macham na niego ręką.- Muszę to przemyśleć, a teraz wracajmy do obozu i wykorzystajmy te niecałe 5 dni jakie nam zostały.
_______________________________________________________________________________
I oto kolejny. Nie wiem co mam wam jeszcze napisać w notce. No ale dobra. Było bardzo mało komentarzy pod poprzednią notką więc zastanawiam się czy ktoś to w ogóle czyta. Następny rozdział mam już napisany i to od was zależy kiedy on się pojawi. Dlatego na razie nie podaje terminu następnego rozdziału. Im więcej komentarzy tym wcześniej dodam rozdział. Naprawdę zależy mi abyście zostawili pod tym rozdziałem komentarz bo chce wiedzieć ile osób czyta mojego bloga. Możecie wstawić chociażby kropkę, przecinek czy cokolwiek. .No więc do następnego.