,, Wstałaś już, księżniczko?’’
Kręcę z uśmiechem głową na przezwisko, które nadał mi Brian. Tylko jemu pozwalam się tak nazywać, innym na jego miejscu coś mogło by się stać. Ale nie Brianowi. Jest bezpieczny i dobrze o tym wie.
,, Tak.’’
Wychodzę z domu i zatrzaskuje drzwi. Wsiadam do mojego garbusa i jadę w kierunku Białego Domu. Słyszę dźwięk kolejnej przychodzącej wiadomości, lecz nie odczytuje jej. Nie jestem głupia i wiem że jeśli chce jeszcze trochę pożyć, to nie mogę czytać w trakcie jazdy smsów. Nawet jeśli są one od Briana. Jadę przez kilkanaście minut nim docieram pod bramę prezydenckiego domu. To co tam widzę przeraża mnie. Dziennikarze są wszędzie, jest ich dziesiątki. Moim pierwszym odruchem jest ucieczka, lecz natychmiast ganię się w myślach. Nie stchórzę, nie teraz, nie w takiej chwili. Mam dość uciekania przed wszystkim, co wydaje mi się straszne. Nie będę już więcej bezbronną, dziewczyną po załamaniu nerwowym. To że tego samego dnia straciłam dwójkę najważniejszych mężczyzn w moim życiu nie znaczy że mam jakąś taryfę ulgową. Ludzie giną codziennie. Biorę głęboki wdech i podjeżdżam do bramy. Dziennikarze otaczają ze wszystkich stron samochód, próbując zrobić jakieś ujęcie córki marnotrawnej. W chwilach takich jak ta dziękuje rodzicom za przyciemniane szyby. Ochrona odpędza dziennikarzy od mojego garbusa i wjeżdżam na teren przylegający do Białego Domu.
Parkuje go w podziemnym garażu, tuż obok sportowego samochodu, przykrytego czarną płachtą.
Garbus stał się dla mnie zbyt mały i wiem że potrzebuje nowego samochodu. Staje naprzeciw sportowego samochodu i patrzę na niego przygryzając wargę. Rzucam torbę na ziemię i z wahaniem zdejmuje czarną płachtę. Moim oczom ukazuje się czarno-żółta Mazda RX-7, która należała do mojego brata. Od jego śmierci stoi tu nie używana. Już słyszę w głowie irytujący głos mojego bliźniaka, jęczący o tym że jego dziecinka stoi tu brudna i zaniedbana. Na te myśl prawie się uśmiecham. Prawie. Zasłaniam z powrotem materiałem czarno-żółtą karoserię i podnoszę z ziemi torbę. Mam pewne plany co do tego samochodu, który prawdę mówiąc należy calusieńki do mnie z prawnego punktu widzenia i z każdego innego. Tak zgadza się, mój bliźniak pewnego pięknego dnia uparł się by iść do prawnika by sporządzić testament. Wszyscy byliśmy zszokowani, gdy poinformował nas co zamierza zrobić. Nigdy jednak nie zdradził treści testamentu. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy prawnik odwiedził nasz dom i powiedział że cały spadek Rafe należy do mnie. Jego zawartością był samochód, spora suma gotówki i cały jego pokój łącznie z zawartością. Teraz to było całkiem zabawne, zwarzywszy na to że zapisał mi swój pokój i swoje prywatne rzeczy. Do dziś nie mogę zrozumieć dlaczego postanowił zapisać wszystko mi? Czy to miało jakiś swój cel? Wjeżdżam windą na parter i tuż po otwarciu się stalowych drzwi zostaje napadnięta przez mojego młodszego brata, Alexa.
-Raven! Nareszcie wróciłaś! – Podnoszę go i przytulam. Zostaje obdarzona krzywym uśmiechem.
-Nawet nie wiesz jak bardzo za tobą tęskniłem!- Ściska mocno moją szyje.
-Domyślam się.- Stawiam go na podłodze i patrzę jak znika w holu, krzycząc że wróciłam. Kręcę z uśmiechem głową. Jak dobrze być w domu.
*
-Więc…- Zaczyna tata, a ja przygotowuję się na bombę, która za chwilę spadnie.- Kiedy zamierzałaś przedstawić nam Briana? - Bum. I o to padło pytanie, którego się tak obawiałam. Słyszę brzdęk widelca o talerz i słyszę głośny kaszel. No tak. Mama się aż zakrztusiła z bezpośredniości ojca.
- Pewnego dnia.- Odpowiadam wymijająco. Czuje na sobie spojrzenie ojca lecz udaje że go nie zauważam.
-O ile w ogóle zamierzałaś nam go przedstawić.- Dodaje po chwili.
-Marcus!- Mama odzyskuje głos. Nareszcie! Tata patrzy na nią z miną niewiniątka. – No co?
Mama kręci z niedowierzaniem głową, a Alex wybucha śmiechem.
-To moja jedyna córka, Mikaelo.- Mama rozkłada ręce z bezradności.- Dobrze zadaj jej te wszystkie krępujące pytania i oczekuj że przyprowadzi Ci swojego chłopaka.- Mama przewraca oczami, a tata odpowiada jej tym samym. Czuje uśmiech rosnący mi na ustach. Po raz pierwszy rodzice zachowują się normalnie, żartują, śmieją się, dokuczają sobie. Przez chwilę wszystko jest tak jak dawniej.
- Wydaje się być miły.- Mówi tata po chwili ciszy.
-Tato! Marcus!- Mówimy jednocześnie z mamą, po czym wszyscy wybuchamy śmiechem. W mojej głowie rodzi się pomysł.
-Co wy na to żeby przyszedł tu w piątek, po lekcjach?- Pytam chcąc by tata zaspokoił swoją ciekawość i dał mi spokój.
-To świetny pomysł.- Tata uśmiecha się triumfalnie, a mama po raz kolejny tego wieczoru przewraca oczami.
- Czy teraz mogę już iść do siebie?- Pytam, wstając od stołu.
-Tak, tak.
*
Jestem w drodze do swojego pokoju, jednak jakiś wewnętrzny głos każe mi się zatrzymać przy sąsiednim pokoju, który kiedyś należał do mojego brata. Dotykam dłonią zimnej okrągłej klamki. Sięgam ręką w górę i wyciągam z pod bluzki srebrny kluczyk, zdejmuje go razem z łańcuszkiem z szyi i wsadzam do zamka. Po chwili wahania przekręcam go i otwieram białe drzwi. Moim oczom ukazuje się znajomy pokój, bałagan na komodzie i ubrania pod łóżkiem. Od śmierci Rafe, nikt tu nie wchodził, nawet sprzątaczka. Zamknęłam pokój brata na klucz i nikogo do niego nie wpuszczałam wliczając to samą siebie. Robię mały krok do przodu, przekraczając próg pokoju. Po chwili robie kolejny i popycham drzwi które zamykają się z cichym stuknięciem. Biorę głęboki wdech, wciągam w płuca życiodajny tlen razem z kurzem i ulotnym zapachem perfum mojego brata. Podchodzę do pokrytej niczym kocem komody i wyciągam ulubiony t-shirt, należący do mojego bliźniaka. Podchodząc do jego łóżka zanurzam w nim twarz, wciągam w nozdrza znajomy zapach wciąż utrzymujący się w miękkiej, czarnej tkaninie. Padam plecami na jego łóżko na którym wciąż leży czarna pościel. Mój brat uwielbiał czarny kolor i wszystko co z nim związane. Przekuł sobie nawet uszy w których dumnie nosił czarne kolczyki, które dostał ode mnie na swoje 16 urodziny. Wzdycham patrząc na otaczający mnie kurz. Ten pokój potrzebuje natychmiastowego sprzątania, ale nie ma mowy bym tu wpuściła sprzątaczkę. Nie. Ma. Mowy. Jestem zbyt samolubna. Wyglądam na hol i szybko wychodzę z pokoju. Natychmiast udaję się do schowka sprzątaczki i zabieram stamtąd potrzebne mi rzeczy, następnie prawie biegnę do pokoju Rafe. Nie mogę uwierzyć że udało mi się przejść niezauważoną. To po prostu nie wiarygodne. Przejść nie zauważonym w domu pełnym ochroniarzy, sprzątaczek i innych ludzi. Zamykam cicho drzwi i opieram się o nie z ciężkim oddechem. Wybucham śmiechem. Jestem pewna że gdyby ktoś na mnie patrzył uznałby że jestem szalona. Zasłaniam usta dłonią, nim ktoś przechodzący obok drzwi mnie usłyszy. Muszę zabrać się do pracy. Wyciągam z wiaderka nową szmatkę i długimi płynnymi ruchami, wycieram kurz z komody oraz dokładnie czyszczę leżące na niej przedmioty, po czym odkładam je na miejsce. Mimo iż zamierzam sprzątnąć pokój Rafe nie zamierzam nic przestawiać czy cokolwiek z niego wynosić. Nawet jego brudnych skarpetek , czy bokserek leżących pod łóżkiem. Po prostu nie. Rozmyślam o rodzinnej atmosferze przy kolacji. Czegoś takiego nie doświadczyłam od dwóch lat. O cholera! Zapomniałam odpisać Brianowi! Wyciągam z kieszeni komórkę i piszę szybko w wiadomości czy przyjdzie do mnie w piątek.
WTF? Mam tak po prostu wejść do białego domu?
Czytając te wiadomość dosłownie słyszę głos Briana. Mimo wolnie kąciki moich ust unoszą się w delikatnym uśmiechu.
Tak. Rodzice chcą cie poznać.
Już po minucie otrzymuje odpowiedź.
Mam założyć garnitur?
Wybucham śmiechem.
Nie.
Jesteś pewna? Twój ojciec to prezydent.
Tak. A teraz mi nie przeszkadzaj. Sprzątam.
Wysyła mi jeszcze buziaka wiadomością i telefon cichnie. Wyciągam rękę po szmatkę z komody i przypadkiem popycham wysuniętą szufladkę od komputera mojego bliźniaka. Przez chwilę nic się nie dzieje, a potem z głośników wydobywa się szum i głos mojego brata. O boże! Natychmiast naciskam przycisk włączający monitor. Po kilku sekundach dostrzegam twarz mojego brata.
-Cześć Raven.- Uśmiecha się smutno.- Chce żebyś wiedziała że wszystko co teraz robię, testament, to nagranie… -Urywa na chwilę.- Zrobiłem je dla Ciebie, choć mam nadzieję, że go nigdy nie zobaczysz, że zawszę będę przy tobie.-Bierze głęboki wdech. Ma łzy w oczach. -Jeśli jednak je teraz oglądasz to pewnie mnie już nie ma. Ale to nie ważne. Chce żebyś wiedziała że Cię kocham Raven. Nie ważne co się stanie, czy będą dzielić nas mile czy śmierć, zawszę będę Cię kochał. Pośród śmierci trwa życie, pośród kłamstwa trwa prawda, pośród ciemności trwa światło. Ale pamiętaj ciemność nie zawsze oznacza zło, a światło nie zawsze niesie za sobą dobro.-Bierze głęboki wdech.
A ty nie płacz za mną ,a ty nie płacz po mnie bo gdybym się nie obudził będę tam gdzie ogień płonie , gdy zatęsknisz za mną, gdy załamiesz dłonie, wróć do moich słów na taśmie…- Na nagraniu rozlega się szybkie pukanie do drzwi. Drzwi od pokoju Rafe otwierają się i patrzę jak wchodzi do niego chłopak. Byron.
-Ruchy, Collins. Raven jest już gotowa.- Mówi to po czym kręcąc głową wychodzi. Rafe znów odwraca się do ekranu. -Zawsze, Raven. Żegnaj.
Ekran komputera gaśnie, ukazując zdjęcie na pulpicie. Odsuwam się gwałtownie od komputera. Spadam na podłogę wciąż się odsuwając. Zatrzymuje się przy ścianie i przyciskam rękę do ust zza których wydobywa się szloch. Są pożegnania na które nigdy nie będziemy gotowi. Są słowa , które zawsze wywoływać będą morza łez. I są takie osoby na myśl, o których zawsze zasypie nas lawina wspomnień.
____________________________________________________________________________
Więc dożyliśmy do następnego. W tym rozdziale ponownie trochę zamieszania, bólu i życiowej rozkminy Raven. Proszę więc o komentarze i do następnego!!!
PS. Raczej nie dodam już rozdziału w tym roku więc życzę Wam Wesołych Świąt !
PS. A i polecam wam blog mojej przyjaciółki : http://prisonersofthemoon.blogspot.com/