poniedziałek, 15 grudnia 2014

16.

Następne dni mijają bardzo szybko. Jest mi łatwiej przetrwać ten burzowy okres, kiedy Brian jest przy mnie. Przez te kilka dni, żadne z naszej dwójki nie było w szkole. Nie mogłabym znieść tych współczujących spojrzeń, słów oraz dziennikarzy. Cały ten tydzień spędziłam w unowocześnionym domu na przedmieściach, w którym mieszkaliśmy zanim tata został prezydentem. Brian nie odstępował mojego boku, co niepokoiło rodziców, którzy rozmawiali z nim tamtego dnia przez telefon. Niestety wydało się że Brian jest moim chłopakiem, co wolałam ukrywać. Ale mój wyrozumiały chłopak to rozumiał. Rozumiał że rozbita emocjonalnie dziewczyna boi się powiedzieć rodzicom że ma chłopaka. Prawda jest taka że nie chciałam żeby dowiedzieli się o tym co łączy mnie i Brian w obawie że będą mieli mi za złe to że staram się zapomnieć o tragedii jaka miała miejsce dwa lata temu i chcę ułożyć sobie życie. Dziś postanowiłam wrócić do domu i od jutra wrócić do szkoły. Pakowałam właśnie swoje ubrania do torby, kiedy moja komórka wydała dźwięk przychodzącego sms’a. Poczułam jak kąciki moich ust unoszą się w uśmiechu. Brian.

,, Wstałaś już, księżniczko?’’

Kręcę z uśmiechem głową na przezwisko, które nadał mi Brian. Tylko jemu pozwalam się tak nazywać, innym na jego miejscu coś mogło by się stać. Ale nie Brianowi. Jest bezpieczny i dobrze o tym wie.


,, Tak.’’

Wychodzę z domu i zatrzaskuje drzwi. Wsiadam do mojego garbusa i jadę w kierunku Białego Domu. Słyszę dźwięk kolejnej przychodzącej wiadomości, lecz nie odczytuje jej. Nie jestem głupia i wiem że jeśli chce jeszcze trochę pożyć, to nie mogę czytać w trakcie jazdy smsów. Nawet jeśli są one od Briana. Jadę przez kilkanaście minut nim docieram pod bramę prezydenckiego domu. To co tam widzę przeraża mnie. Dziennikarze są wszędzie, jest ich dziesiątki. Moim pierwszym odruchem jest ucieczka, lecz natychmiast ganię się w myślach. Nie stchórzę, nie teraz, nie w takiej chwili. Mam dość uciekania przed wszystkim, co wydaje mi się straszne. Nie będę już więcej bezbronną, dziewczyną po załamaniu nerwowym. To że tego samego dnia straciłam dwójkę najważniejszych mężczyzn w moim życiu nie znaczy że mam jakąś taryfę ulgową. Ludzie giną codziennie. Biorę głęboki wdech i podjeżdżam do bramy. Dziennikarze otaczają ze wszystkich stron samochód, próbując zrobić jakieś ujęcie córki marnotrawnej. W chwilach takich jak ta dziękuje rodzicom za przyciemniane szyby. Ochrona odpędza dziennikarzy od mojego garbusa i wjeżdżam na teren przylegający do Białego Domu.
Parkuje go w podziemnym garażu, tuż obok sportowego samochodu, przykrytego czarną płachtą.
Garbus stał się dla mnie zbyt mały i wiem że potrzebuje nowego samochodu. Staje naprzeciw sportowego samochodu i patrzę na niego przygryzając wargę. Rzucam torbę na ziemię i z wahaniem zdejmuje czarną płachtę. Moim oczom ukazuje się czarno-żółta Mazda RX-7, która należała do mojego brata. Od jego śmierci stoi tu nie używana. Już słyszę w głowie irytujący głos mojego bliźniaka, jęczący o tym że jego dziecinka stoi tu brudna i zaniedbana. Na te myśl prawie się uśmiecham. Prawie. Zasłaniam z powrotem materiałem czarno-żółtą karoserię i podnoszę z ziemi torbę. Mam pewne plany co do tego samochodu, który prawdę mówiąc należy calusieńki do mnie z prawnego punktu widzenia i z każdego innego. Tak zgadza się, mój bliźniak pewnego pięknego dnia uparł się by iść do prawnika by sporządzić testament. Wszyscy byliśmy zszokowani, gdy poinformował nas co zamierza zrobić. Nigdy jednak nie zdradził treści testamentu. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy prawnik odwiedził nasz dom i powiedział że cały spadek Rafe należy do mnie. Jego zawartością był samochód, spora suma gotówki i cały jego pokój łącznie z zawartością. Teraz to było całkiem zabawne, zwarzywszy na to że zapisał mi swój pokój i swoje prywatne rzeczy. Do dziś nie mogę zrozumieć dlaczego postanowił zapisać wszystko mi? Czy to miało jakiś swój cel? Wjeżdżam windą na parter i tuż po otwarciu się stalowych drzwi zostaje napadnięta przez mojego młodszego brata, Alexa.
-Raven! Nareszcie wróciłaś! – Podnoszę go i przytulam. Zostaje obdarzona krzywym uśmiechem.
-Nawet nie wiesz jak bardzo za tobą tęskniłem!- Ściska mocno moją szyje.
-Domyślam się.- Stawiam go na podłodze i patrzę jak znika w holu, krzycząc że wróciłam. Kręcę z uśmiechem głową. Jak dobrze być w domu.

*
-Więc…- Zaczyna tata, a ja przygotowuję się na bombę, która za chwilę spadnie.- Kiedy zamierzałaś przedstawić nam Briana? - Bum. I o to padło pytanie, którego się tak obawiałam. Słyszę brzdęk widelca o talerz i słyszę głośny kaszel. No tak. Mama się aż zakrztusiła z bezpośredniości ojca.
- Pewnego dnia.- Odpowiadam wymijająco. Czuje na sobie spojrzenie ojca lecz udaje że go nie zauważam.
-O ile w ogóle zamierzałaś nam go przedstawić.- Dodaje po chwili.
-Marcus!- Mama odzyskuje głos. Nareszcie! Tata patrzy na nią z miną niewiniątka. – No co?
Mama kręci z niedowierzaniem głową, a Alex wybucha śmiechem.
-To moja jedyna córka, Mikaelo.- Mama rozkłada ręce z bezradności.- Dobrze zadaj jej te wszystkie krępujące pytania i oczekuj że przyprowadzi Ci swojego chłopaka.- Mama przewraca oczami, a tata odpowiada jej tym samym. Czuje uśmiech rosnący mi na ustach. Po raz pierwszy rodzice zachowują się normalnie, żartują, śmieją się, dokuczają sobie. Przez chwilę wszystko jest tak jak dawniej.
- Wydaje się być miły.- Mówi tata po chwili ciszy.
-Tato! Marcus!- Mówimy jednocześnie z mamą, po czym wszyscy wybuchamy śmiechem. W mojej głowie rodzi się pomysł.
-Co wy na to żeby przyszedł tu w piątek, po lekcjach?- Pytam chcąc by tata zaspokoił swoją ciekawość i dał mi spokój.
-To świetny pomysł.- Tata uśmiecha się triumfalnie, a mama po raz kolejny tego wieczoru przewraca oczami.
- Czy teraz mogę już iść do siebie?- Pytam, wstając od stołu.
-Tak, tak.

*
Jestem w drodze do swojego pokoju, jednak jakiś wewnętrzny głos każe mi się zatrzymać przy sąsiednim pokoju, który kiedyś należał do mojego brata. Dotykam dłonią zimnej okrągłej klamki. Sięgam ręką w górę i wyciągam z pod bluzki srebrny kluczyk, zdejmuje go razem z łańcuszkiem z szyi i wsadzam do zamka. Po chwili wahania przekręcam go i otwieram białe drzwi. Moim oczom ukazuje się znajomy pokój, bałagan na komodzie i ubrania pod łóżkiem. Od śmierci Rafe, nikt tu nie wchodził, nawet sprzątaczka. Zamknęłam pokój brata na klucz i nikogo do niego nie wpuszczałam wliczając to samą siebie. Robię mały krok do przodu, przekraczając próg pokoju. Po chwili robie kolejny i popycham drzwi które zamykają się z cichym stuknięciem. Biorę głęboki wdech, wciągam w płuca życiodajny tlen razem z kurzem i ulotnym zapachem perfum mojego brata. Podchodzę do pokrytej niczym kocem komody i wyciągam ulubiony t-shirt, należący do mojego bliźniaka. Podchodząc do jego łóżka zanurzam w nim twarz, wciągam w nozdrza znajomy zapach wciąż utrzymujący się w miękkiej, czarnej tkaninie. Padam plecami na jego łóżko na którym wciąż leży czarna pościel. Mój brat uwielbiał czarny kolor i wszystko co z nim związane. Przekuł sobie nawet uszy w których dumnie nosił czarne kolczyki, które dostał ode mnie na swoje 16 urodziny. Wzdycham patrząc na otaczający mnie kurz. Ten pokój potrzebuje natychmiastowego sprzątania, ale nie ma mowy bym tu wpuściła sprzątaczkę. Nie. Ma. Mowy. Jestem zbyt samolubna. Wyglądam na hol i szybko wychodzę z pokoju. Natychmiast udaję się do schowka sprzątaczki i zabieram stamtąd potrzebne mi rzeczy, następnie prawie biegnę do pokoju Rafe. Nie mogę uwierzyć że udało mi się przejść niezauważoną. To po prostu nie wiarygodne. Przejść nie zauważonym w domu pełnym ochroniarzy, sprzątaczek i innych ludzi. Zamykam cicho drzwi i opieram się o nie z ciężkim oddechem. Wybucham śmiechem. Jestem pewna że gdyby ktoś na mnie patrzył uznałby że jestem szalona. Zasłaniam usta dłonią, nim ktoś przechodzący obok drzwi mnie usłyszy. Muszę zabrać się do pracy. Wyciągam z wiaderka nową szmatkę i długimi płynnymi ruchami, wycieram kurz z komody oraz dokładnie czyszczę leżące na niej przedmioty, po czym odkładam je na miejsce. Mimo iż zamierzam sprzątnąć pokój Rafe nie zamierzam nic przestawiać czy cokolwiek z niego wynosić. Nawet jego brudnych skarpetek , czy bokserek leżących pod łóżkiem. Po prostu nie. Rozmyślam o rodzinnej atmosferze przy kolacji. Czegoś takiego nie doświadczyłam od dwóch lat. O cholera! Zapomniałam odpisać Brianowi! Wyciągam z kieszeni komórkę i piszę szybko w wiadomości czy przyjdzie do mnie w piątek.

WTF? Mam tak po prostu wejść do białego domu?

Czytając te wiadomość dosłownie słyszę głos Briana. Mimo wolnie kąciki moich ust unoszą się w delikatnym uśmiechu.

Tak. Rodzice chcą cie poznać.

Już po minucie otrzymuje odpowiedź.

Mam założyć garnitur?
Wybucham śmiechem.

Nie.

Jesteś pewna? Twój ojciec to prezydent.

Tak. A teraz mi nie przeszkadzaj. Sprzątam.

Wysyła mi jeszcze buziaka wiadomością i telefon cichnie. Wyciągam rękę po szmatkę z komody i przypadkiem popycham wysuniętą szufladkę od komputera mojego bliźniaka. Przez chwilę nic się nie dzieje, a potem z głośników wydobywa się szum i głos mojego brata. O boże! Natychmiast naciskam przycisk włączający monitor. Po kilku sekundach dostrzegam twarz mojego brata.

-Cześć Raven.- Uśmiecha się smutno.- Chce żebyś wiedziała że wszystko co teraz robię, testament, to nagranie… -Urywa na chwilę.- Zrobiłem je dla Ciebie, choć mam nadzieję, że go nigdy nie zobaczysz, że zawszę będę przy tobie.-Bierze głęboki wdech. Ma łzy w oczach. -Jeśli jednak je teraz oglądasz to pewnie mnie już nie ma. Ale to nie ważne. Chce żebyś wiedziała że Cię kocham Raven. Nie ważne co się stanie, czy będą dzielić nas mile czy śmierć, zawszę będę Cię kochał. Pośród śmierci trwa życie, pośród kłamstwa trwa prawda, pośród ciemności trwa światło. Ale pamiętaj ciemność nie zawsze oznacza zło, a światło nie zawsze niesie za sobą dobro.-Bierze głęboki wdech.
A ty nie płacz za mną ,a ty nie płacz po mnie bo gdybym się nie obudził będę tam gdzie ogień płonie , gdy zatęsknisz za mną, gdy załamiesz dłonie, wróć do moich słów na taśmie…- Na nagraniu rozlega się szybkie pukanie do drzwi. Drzwi od pokoju Rafe otwierają się i patrzę jak wchodzi do niego chłopak. Byron.
-Ruchy, Collins. Raven jest już gotowa.- Mówi to po czym kręcąc głową wychodzi. Rafe znów odwraca się do ekranu. -Zawsze, Raven. Żegnaj.
Ekran komputera gaśnie, ukazując zdjęcie na pulpicie. Odsuwam się gwałtownie od komputera. Spadam na podłogę wciąż się odsuwając. Zatrzymuje się przy ścianie i przyciskam rękę do ust zza których wydobywa się szloch. Są pożegnania na które nigdy nie będziemy gotowi. Są słowa , które zawsze wywoływać będą morza łez. I są takie osoby na myśl, o których zawsze zasypie nas lawina wspomnień.

____________________________________________________________________________
Więc dożyliśmy do następnego. W tym rozdziale ponownie trochę zamieszania, bólu i życiowej rozkminy Raven. Proszę więc o komentarze i do następnego!!!
PS. Raczej nie dodam już rozdziału w tym roku więc życzę Wam Wesołych Świąt ! 
PS. A i polecam wam blog mojej przyjaciółki : http://prisonersofthemoon.blogspot.com/

sobota, 29 listopada 2014

15.

14 Luty 2013 r.

Jestem silna.

Dam radę.

Nie poddam się.

Co ja pierdolę?

Wodzę wzrokiem po moich własnych, kształtnych literach. Jakie to dziwne że właśnie ten wpis, sprzed roku, odzwierciedla to co teraz czuje. Biorę łyk przezroczystego napoju, jakim jest moja dobra przyjaciółka wódka. Czuje jak płyn pali mój przełyk, krztuszę się, jednak nie wypluwam trunku. Gdyby Rafe mógłby mnie teraz zobaczyć. Wiem doskonale że byłby rozczarowany moim zachowaniem, moją postawą. Byłby wściekły że nie próbuje ułożyć sobie życia. Jak to mówią,  czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Odkąd poznałam Briana, który zmienił moje życie o 180o, pragnę w moim życiu jakiś zmian, rewolucji. Jednak moja przeszłość mi na to nie pozwala.
Biorę kolejny łyk, przewracając jednocześnie stronę tego przeklętego pamiętnika, który w jednej chwili uzależnił mnie od wspomnień i bólu jaki odczuwam czytając kolejne i kolejne strony.

19 Luty 2013 r.
Chcę spotkać się z nimi choć na chwilę.
Chcę się z nimi pożegnać i pozwolić im odejść wolno, żebym na nowo poczuła się szczęśliwa.
Nie.
To sprawia, że płaczę.
Lub może płaczę z innego powodu.
Trudno powiedzieć, kiedy setki emocji zlały się w jedno.


Brian jest moim aniołem, moim strażnikiem, który uczy mnie jak ponownie cieszyć się z małych rzeczy. No właśnie Brian… Powinnam być teraz z nim, a nie tu użalając się nad sobą. Powinnam jak każdy normalny człowiek przyjść na grób złożyć kwiaty, pomodlić się, a nie leżeć na grobach ukochanych zalana w trupa, czytając wpisy przypominające mi o bólu, który wtedy odczuwałam. Cholerna masochistka. Odkładam butelkę z alkoholem nie zdolna znieść więcej szumu w mojej głowie.

24 Luty 2013 r.
Nadal pamiętam.
Nadal nie zapomniałam.
Nadal boli.

 Włączam komórkę i natychmiast widzę przychodzące wiadomości i liczbę nieodebranych połączeń. Drżącymi rękoma przewijam listę nieodebranych połączeń.

Mama.
Mama.
Mama.
Tata.
Tata.
Tata.
Tata.
Drew.
Brian.
Brian.
Drew.
Tammy.
Tammy.
Brian.
Brian.
Tammy.
Brian.

Łącznie 17 nieodebranych połączeń w ciągu godziny od wyłączenia komórki, w tym 5 od Briana.

28 Luty 2013 r.
My z drugiej połowy XX
Wieku rozbijający atomy
Zdobywcy księżyca
Wstydzimy się miękkich gestów
czułych spojrzeń
ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy
Wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość
Wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni
z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą
przy szczelnie zasłoniętych oknach
gryziemy z bólu ręce
umieramy z miłości.


Naglę dopada mnie niekontrolowany wybuch śmiechu. Śmieje się głośno zsuwając się po kamiennej tablicy, na której widnieje napis.

Raphael Lucian Collins
Ur. 19.06.1995 r.
Zm. 27.05.2012 r.
I to by było na tyle.

Tak, tak ta ostatnia notka jest moim dziełem. Wykłócałam się o te jedno zdanie z rodzicami, posuwając się do szantażu, że znowu będę próbować się zabić. Nie zbyt sprawiedliwe z mojej strony, ale nie byłam w tym czasie zbytnio zdrowa psychicznie. Chciałam by zamiast tradycyjnej formułki Syn i brat… i bla bla bla było właśnie to zdanie. To zdanie odzwierciedlało mojego brata, było jego ulubionym powiedzeniem. I to by było na tyle. Tym zdaniem podsumowywał wiele spraw, często drażniąc tym innych. Ale nie mnie. Ale nie nas. Nie mnie i Byrona. Po chwili mój śmiech zamienia się w płacz.  

Brian

Rzucam gazetę na siedzenie obok i odpalam moją Hondę, jednocześnie wybierając numer Tammy, przyjaciółki Raven.

-Który cmentarz, Tammy? – Pytam od razu po odebraniu komórki przez dziewczynę.
-Nie.-Mówi stanowczo.- Ona Cię tam nie chcę, Brian.
-Który cmentarz?- Pytam ponownie nie zwracając uwagi na słowa, Tamsyn.
-Ona nie chce…
-Który cmentarz, Tammy???!!!!- Nie wytrzymuje i wykrzykuje pytanie do słuchawki. Nie obchodzi mnie czego nie chce Raven. Najważniejsze jest to żebym był teraz przy niej.
- Rock Creek. I nie mów że Cię nie ostrzegałam, Brian.- Przewracam oczami.
-Taaa. Muszę kończyć mam drugą rozmowę.- Rozłączam się i odbieram drugi telefon.

-Zeke.- Wymawiam jego imię z ukrytym gniewem w głosie.
-Sądząc po tonie twojego głosu, nie cieszysz się że dzwonie.- Mężczyzna nie kryje rozbawienia.
-Słuchaj, szefie. Jestem już wystarczająco zajęty i nie potrzebuje jeszcze dodatkowej roboty.-Skręcam w prawo i nie chętnie zatrzymuje się na czerwonym świetle.
-Sugerujesz że potrzebuje niańczenia?- Brzmi jakby był zirytowany.
-Nie. Oczywiście że nie.- Milczę chwilę.- Wiesz co ? Tak. Potrzebujesz niańczenia. Zawsze kiedy zrywacie potrzebujesz niańczenia. Kiedy wy wreszcie zrozumiecie że jesteście swoimi bratnimi duszami i że jedno cierpi bez drugiego?- Poprawiam słuchawkę na uchu.
-Tak jak ty i Raven?- Dogryza mi. Wie doskonale że Raven spodobała mi się dwa lata temu, kiedy to jeszcze była z Byronem.- Teraz, kiedy Byron nie żyje, masz wolną rękę. Możesz skosztować zakazanego owocu.- Wyczuwam w jego głosie nutkę gniewu i uszczypliwości.
-Przestań, Zeke. Nie mogę się teraz z tobą kłócić, a ty i tak doskonale znasz prawdę.- Mówię stanowczo. Mężczyzna po drugiej stronie telefonu wzdycha.
-Wiem. Przepraszam, Brian. Ja po prostu…- Urywa. Jego niewypowiedziane słowa wiszą między nami w powietrzu.
-Naprawdę, powinieneś pomyśleć nad powrotem do domu, Zeke. Laura i reszta na pewno za tobą tęsknią.
Słyszę westchnięcie w słuchawce.
-Co u Raven?- Umyślnie zmienia temat. Cholera. Cholera. Cholera.- Brian?- Głos Zeke’a jest pełen zaniepokojenia. Postanawiam wyznać przyjacielowi prawdę.
-Dziś jest rocznica ich śmierci, Zeke. Dlatego nie wiem co z Raven. Jadę właśnie na cmentarz. Mam nadzieję że tam ją znajdę. – Zeke bierze głęboki wdech, lecz nie wrzeszczy tak jak się tego spodziewałem.
-Znajdź ją, Brian. Właśnie w takich chwilach, trzeba pilnować jej najbardziej. Wystarczy drobna pomyłka by Gimenez dorwał Raven.
-Wiem, Zeke. Zadzwonię jutro.- Zdejmuje słuchawkę i chowam ją do schowka. Zatrzymuję się przed bramą na cmentarz Rock Creek. Wysiadam z samochodu i postanawiam iść i dowiedzieć się, gdzie dokładnie jest pochowany brat Raven. Nie mogę przecież chodzić po całym cmentarzu bez określonego kierunku szukając wśród nagrobków Raven. Wyciągnięcie informacji od tłustego faceta siedzącego za ladą nie było łatwe, jednak w takich chwilach pieniądze zawsze się załatwiają sprawę. Czasami przydaje się posiadanie rodziców milionerów, którzy dają Ci kasę bylebyś trzymał się z daleka. Zmierzam więc przez zielony trawnik prosto do wskazanej alejki. Dopadają mnie coraz większe wątpliwości czy powiedzieć Raven prawdę. Co jeśli mnie znienawidzi i każe się trzymać z daleka? Nie wiem czy bym to zniósł. Raven w bardzo krótkim czasie stała się dla mnie wszystkim. Moim powietrzem, moim życiem… nawet moim sercem. Dlatego mam teraz wątpliwości czy bym żył dalej bez niej. Skręcam we właściwą alejkę i nawet z odległości kilkunastu metrów dostrzegam jej drobną postać . Natychmiast przyśpieszam by jak najszybciej znaleźć się przy niej.

Raven

Czuje obejmujące mnie ramiona. Wystraszona zaczynam się wyrywać z uścisku.
- Raven! Raven! Uspokój się, kochanie. To tylko ja.- Przestaje się wyrywać i patrzę w twarz obejmującego mnie mężczyzny.
-Brian?- Pytam przez łzy. Jego czułe pocałunki zbierające łzy z mojej twarzy sprawiają że jeszcze bardziej zaczynam płakać. Chowam twarz w jego szyi i szlocham pozwalając mu się obejmować. Obecność Briana sprawia że niewielka część mojego bólu znika.
- Tak bardzo chce żeby żyli.- Mówię płacząc w szyje Briana. Ramiona mojego chłopaka obejmują mnie mocniej.
- Oni nie żyją, Raven. Już nie wrócą.- Wyczuwam smutek w głosie Briana. Jestem pewna że mój chłopak bardzo żałuje że to on musi być tym który musi mnie uświadomić w tej okrutnej prawdzie. Smutek w głosie Briana sprawia że zza moich zaciśniętych ust wyrywa się szloch. Brian wciąga mnie na swoje kolana i przyciska mocno do swojej piersi.

*

Jestem zmęczona. Jestem cholernie zmęczona. Jestem chwilowo wyprana z emocji. Nie wiem czy jestem ich chwilowo pozbawiona za pomocą swojej własnej inicjatywy, czy po prostu mój umysł uległ przeciążeniu. Siedzę w samochodzie Briana i jedyne o czym mogę myśleć to że jestem zmęczona. Czuje na sobie spojrzenie mojego chłopaka, jednak patrzę tępo przed siebie. Zwijam się na fotelu obitym czarną skórą i opieram głowę o szybę. Jak przez mgłę dociera do mnie pytanie Briana o mój telefon. Pokazuje mu ręką na torbę i zamykam oczy. Mogę zasnąć.
______________________________________________________________________
Surprise! Postanowiłam dodać wcześniej rozdział z racji tego iż jest kontynuacją poprzedniego i dlatego iż skończyłam 16 rozdział który kompletnie mnie wykończył. No więc w tym rozdziale możemy poznać trochę lepiej Briana i Zeke'a, odchylam powoli rąbek tajemnicy i w rozdziałach wreszcie zacznie się  coś dziać. Tak więc proszę was o opinię co do rozdziału i do następnego.

poniedziałek, 17 listopada 2014

14. + Speszial

Otwieram oczy i widzę ciemność. Po chwili mój wzrok zaczyna przyzwyczajać się do panującego wkoło mroku i zaczynam dostrzegać znajome kształty mebli. Kieruję swój wzrok na szafkę nocną na której znajduje się prostokątny, czarny zegar. Czerwone cyfry które święcą w ciemności pokazują 5:12. Dzisiejszej nocy spałam bardzo mało lecz mimo to nie mogę spać. Nie mogę uwierzyć że nie ma ich już tak długo. Dwa lata. Dwa długie lata pełne cierpienia, łez, bólu i samotności. Zapalam lampkę nocną i wstaje z łóżka. Z pod szafki wyciągam czarny dziennik. Obracam go w rękach i po długiej chwili wahania wkładam go do czarnej skórzanej torby. Mimo wczesnej pory postanawiam się już ubrać. Zgarniam ubrania z kanapy i udaję się z nimi do łazienki należącej do mojego pokoju. Tam biorę szybki prysznic i staje przed lustrem. Nieświadomie moje spojrzenie kieruje się na moje okaleczone nadgarstki pokryte grubymi brzydkimi bliznami. Przesuwam po najgorszej z nich i przypominam sobie słowa małego Kyle’a.

-Jesteś aniołem? -Pyta patrząc mi prosto w oczy.
-Co?
-Moja mama mówiła że Ci, którzy mają okaleczone nadgarstki są aniołami.
Kręcę głową w zaprzeczeniu.- Nie jestem aniołem.-Jego niebieskie oczy się ożywiają.
- Ależ jesteś, mama mówiła że tylko anioły się okaleczają bo nie lubią życia na ziemi. Ten świat ich niszczy, więc próbują wrócić do nieba. Są za wrażliwe na ból innych i ten własny.
-Twoja mama jest bardzo mądra.- Mówię.
Kyle uśmiecha się szeroko.- Wiem. Też jest aniołem, ale wróciła już do domu.

Domem Jessie, wbrew wszystkiemu nie okazał się jakiś budynek tylko Michael. To Michael był jej domem, jej niebem. Skoro Kyle uważa że jestem aniołem, kto lub co w takim razie jest moim niebem? Odrywam wzrok od nierównych blizn i patrzę w lustro. Widzę duże szare oczy, mokre czarne włosy i białą skórę. Patrząc na siebie zastanawiam się co się Brianowi we mnie podoba. Zbyt duże w porównaniu do twarzy oczy odpadają, czarne wręcz granatowe włosy odpadają. Więc co sprawia że jestem teraz z Brianem? Może jest ze mną z litości? Biedna, odcięta od świata dziewucha. Nienawidząca wszystkich i wszystkiego córka prezydenta. Opieram dłoń na lustrze dokładnie w miejscu mojej twarzy i pochylam głowę. Biorę dziesięć płytkich oddechów i czuje jak na nowo ogarnia mnie zimny spokój. Ten sposób jest niezawodny, kiedy choć na chwilę potrzebuje się odciąć od swoich własnych emocji, które od jakiegoś czasu szaleją we mnie jak opętane. Zakładam czarne spodnie, białą bokserkę na którą narzucam jeszcze koszule w kratkę. Nie ma potrzeby ubierać się inaczej. Dzisiejszy dzień jest normalny jak każdy inny. Różni się od innych tylko jednym szczególikiem. Wykonuję poranną toaletę i nakładam na twarz trochę makijażu. Na sam koniec susze włosy i zakładam buty. Zgarniam z podłogi moją skórzaną torbę i zbiegam na dół po krętych schodach.

Brian

Dziś jest 27 maja, 9.00. Wykonywałem swoje poranne ćwiczenia, próbując usilnie się na nich skoncentrować. Od kiedy wstałem co chwilę patrzyłem na leżący na stoliku telefon i usilnie powstrzymywałem się od napisania do niej. Cholera. To nie tak miało być. Miałem się z nią tylko zaprzyjaźnić. Nic po za tym, a tym czasem wpadłem po uszy w bagno. Ale w dobre bagno. Raven podobała mi się od kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem. Uderzyło we mnie takie jakby przeczucie że jesteśmy sobie przeznaczeni.

- Co znowu?- Dziewczyna o imieniu Sarah, którą poznałem na imprezie po raz kolejny przyczepiła się do mojego ramienia.
-Zatańcz ze mną.- Prosi, drapiąc swoimi sztucznymi szponami po moim udzie niebezpiecznie blisko moich klejnotów. Tylko nie tam. Wbrew pozorom lubię je i nie mam najmniejszej ochoty się z nimi rozstać.
-Albo zróbmy lepszego.- Doskonale wiem co sugeruje. Nie jestem przecież głupi, ani prawiczkiem. Udaje natychmiastowy entuzjazm.
-Więc… -Zaczynam.-Może zajmiesz nam pokój, a ja zaraz do Ciebie dołączę?- Mruczę jej do ucha. Dziewczyna uśmiecha się szeroko i odchodzi, machając przy tym biodrami na wszystkie strony. Nie mam wyrzutów sumienia oszukując dziewczynę. Sądząc po minach kilku gości, któryś z nich zaraz się nią odpowiednio zajmie. Kto by pomyślał że 18 letnia szkolna gwiazda, jaką jest Brian Dubrinsky odmawia seksu. Haha. Kumple mieli by niezły ubaw. Dopijam moje któreś piwo i rzucam za siebie czerwony kubeczek. Zmywam się stąd. Wymijałem gorących, spoconych ludzi, kiedy tuż przede mną, na podłogę zwaliła się para całujących się kolesi. Fuj. Przeskakuje miziającą się parę i strzepuje z ramienia niewidzialny pyłek. Patrzę w górę i wtedy ją zauważam. Nie wyobrażalnie piękną, czarnowłosą dziewczynę. Czarnowłosa chichocze i zarzuca do tyłu włosami w nieświadomie seksownym ruchu. Wtedy podnosi wzrok i patrzy prosto na mnie swoimi cudownymi fosforyzującymi szarymi oczami, których blask dociera aż tutaj. Uśmiecha się szeroko i zaczyna biec w moim kierunku. Już mam rozkładać ramiona by ją złapać , kiedy wpada w ramiona chłopaka stojącego ok. dwa metry ode mnie. Zaciskam oczy i potrząsam głową, chcąc odpędzić jasne kosmyki z oczu i myśl jaka przed sekundą pojawiła się w mojej głowie. Ona ma chłopaka Brian. Są szczęśliwi. Nie możesz myśleć że jesteście sobie przeznaczeni. Tłumacze sobie w myślach. Nagle chłopak odwraca się i rozpoznaje w nim Byrona. Kiwamy sobie głową i odchodzę.

A potem Byron zginął w wypadku razem z bratem Raven, Raphaelem. Robię kilka kolejnych brzuszków i wstaje z podłogi. Nie mogę ukrywać przed nią prawdy. Po prostu nie mogę, nie chcę. Biorę komórkę do ręki i wybieram numer Raven. Już postanowiłem. Dziś powiem jej prawdę. Całą prawdę o jej bracie i Rafe. Zeke będzie wściekły lecz teraz mam w dupie zdanie Zeke’a. W tej chwili liczy się tylko Raven. Mam nadzieje że mnie nie znienawidzi po tym co usłyszy.

Raven

Jestem okropną córką i siostrą. Nie mogłam po prostu się zgodzić? Wzdycham prowadząc mojego czarnego garbusa z otwieranym dachem. Nie mogłam. Nie chcę aby ktoś oglądał moje łzy, moje cierpienie i to do jakiego stanu się doprowadzę w kilkanaście minut. Wiem, wiem mogłam to załatwić inaczej lecz wątpię bym przekonała swoją matkę. Od śmierci chłopaków stała się nad opiekuńcza i przewrażliwiona. Gdyby mogła to trzymała by mnie i Alexa w domu niczym w klatce. Oczywiście niczego by nam nie brakowało, ale to jednak była by to klatka. Złota, ale klatka. Moja komórka zaczyna wibrować, lecz ignoruje to i jadę prosto do celu mojej podróży. Przez kolejne minuty telefon nie przestaje wibrować od przychodzących wiadomości i rozmów. Jednak wytrwale dążę do wypełnienia swojego postanowienia. Zatrzymuje samochód na skraju dobrze znanego mi lasu w którym nie byłam od śmierci Byrona. Zamykam samochód i oglądam się wkoło czy nikt aby mnie nie śledził. Kiedy nikogo nie zauważam wchodzę w las. Po kilku minutach moim oczą ukazuje się pusty, zupełnie nie zalesiony plac, który pokrywają rozmaite trawy i kwiatki. Polana była naszą tajemnicą. Była naszym miejscem. Inni mieli swoje miejsce w parku, inni nad rzeką, a my mieliśmy naszą polanę.
Od mojego ostatniego pobytu nic się tu nie zmieniło. Wciąż rosną tu te same drzewa i kwiaty, kamienie nie zmieniły swojego położenia nawet o milimetr. Wchodzę w wysokie do pasa rośliny i muskam opuszkami palców kwiaty. Czuje jak zły napływają do moich oczu. Mimo iż kiedyś uwielbialiśmy z Byronem to miejsce, teraz przywołuje wspomnienia, które sprawiają mi ból. Biorę kilka głębokich oddechów, powstrzymując szloch cisnący mi się na usta. Pochylam się i zrywam ulubione kwiaty Byrona i Rafe. Na koniec związuje bukiety lawendową wstążką i wstaje ocierając łzy z policzków. Spoglądam po raz ostatni na piękną polane i wchodzę do lasu.
Już po kilku przebytych przeze mnie metrach słyszę pęknięcie gałązki. Zatrzymuje się i rozglądam się wkoło. Kilka metrów ode mnie stoi postać ubrana cała na czarno. Z tej odległości jest mi trudno ocenić płeć osoby, ale sam fakt że ktoś tu jest, sprawia że biegnę ile sił w nogach do mojego garbusa. Trzęsącymi rękoma otwieram samochód i wsiadam do niego. Natychmiast go odpalam i ruszam w stronę miasta. Oddychając spazmatycznie patrzę w lusterko.To musiało mi się przywidzieć- myślę analizując wydarzenie sprzed minuty. To po prostu nie mogło być prawdziwe. O polanie wiedziałam tylko ja i Byron. Skoro Byron nie żyje kim była tajemnicza osoba z lasu?

Brian

Dzwonie po raz któryś do Raven, która uparcie nie odbiera tego zasranego telefonu. Zaczynam się powoli denerwować. Dlaczego, kiedy chce powiedzieć jej coś ważnego, ona postanawia nie odbierać telefonu? Biorę kilka wdechów chcąc uspokoić swój rozszalały umysł, który natychmiast podsuwa mi głupie myśli o tym, dlaczego Raven nie odbiera telefonu i co mogło jej się stać. Pewnie jest na zakupach z Tamsyn, albo robią jakieś inne dziewczyńskie rzeczy. Postanawiam napisać do przyjaciółki Raven.

Jest z Tobą Raven?

Wysyłam wiadomość i po minucie otrzymuje odpowiedź.

Nie. Wiesz jaki dziś jest dzień?

Co to w ogóle za pytanie? Oczywiście że wiem jaki dziś dzień.

Tamsyn… Nie mam ochoty na jakieś głupie podchody.

Lubię Tamsyn i Drew, ale dziewczyna, podobnie jak jej chłopak, potrafi mnie nieraz nieźle wkurzyć.

Przeczytaj dzisiejszą gazetę.

Nosz ku**a! Co za dziewczyna! Po jaką cholerę mam przeczytać gazetę? Jest w niej napisane gdzie jest Raven czy co? Postanawiam iść do najbliższego stoiska z gazetami i kupić plik szarego papieru pokrytego tuszem, który i tak przy najbliższej okazji skończy w śmietniku. Zmieniam koszulkę i natychmiast wychodzę z mieszkania. Droga do najbliższej ,,gazeciarni’’ trwa dwie minuty, jednak gdy tylko kupuje gazetę i patrzę na główną stronę, czuje jak krew odpływa mi z twarzy. Patrzę na inne gazety, chcąc się upewnić czy aby oczy mnie nie mylą i biegnę z powrotem do mieszkania, a potem jadę prosto na cmentarz.


27 maja 2014 r.

Rocznica tragicznej śmierci syna prezydenta i jego kolegi!


Dokładnie dwa lata temu, 27 maja 2012 r. o godz. 17.24, miał miejsce wypadek w którym zginął syn Prezydenta Stanów Zjednoczonych, Raphael Collins i jego przyjaciel Byron King. Zgodnie z zeznaniem świadka wypadku i Funkcjonariuszy, w samochód w którym jechały ofiary uderzył Suv. Samochód ofiar przeleciał w powietrzu kilka metrów, a następnie przekoziołkował po asfalcie lądując na dachu. Jak relacjonuje Waszyngtońska Policja, po wycieku benzyny nastąpił wybuch, nie dając najmniejszej szansy na uratowanie 17 latków. Sprawców śmierci nastolatków nie znaleziono. Łączymy się w głębokim bólu z rodziną prezydencką i rodziną Kingów.

________________________________________________________________________
No więc oto jest kolejny. Trochę zamieszania w tym rozdziale w związku z rocznicą śmierci Rafe. Ale zapewniam was niedługo będzie go jeszcze więcej.


 A teraz mój speszial specjalnie dla mojej BFF, która ma dziś urodziny.( Specjalnie czekałam z dodaniem rozdziału do dziś). No więc moja droga ten rozdział jest specjalnie dla Ciebie, chociaż często mnie wkurzasz (tak bardzo że mam ci ochotę przywalić), jesteś leniwa, (rzadko dodajesz rozdziały), ale potrafisz mi pomóc gdy mam jakiś ogromny dylemat związany z blogiem lub życiem, nie śmiejesz się kiedy sztandar spadnie mi na głowę, (choć inni to robili, ty się powstrzymałaś), lub gdy przypadkiem uderzysz mnie łokciem w twarz i kiedy przerażona zauważasz krew na moich ustach i zębach, próbujesz mnie pocieszyć i odwrócić moją uwagę słowami ,, Kasia, patrz kotek!''. Albo kiedy jedna z nas przeżywa upadek druga stara się pomóc jej wstać, chociaż często kończy się tym że jedna ląduje na ziemi obok drugiej, jak wtedy w zimę, kiedy szłyśmy do szkoły. Pamiętasz nasze skrzywione z bólu twarze a potem śmiech z naszego upadku? Więc moja kochana Mileno życzę ci wszystkiego czego pragniesz, spełnienia marzeń i żebyś się nigdy nie poddawała. Życzę ci też, aby nasza przyjaźń trwała kolejne 11 lat, i żebyśmy zawsze upadały razem. 

Twoja BFF

poniedziałek, 20 października 2014

13.

Minęły 4 dni od tamtej rozmowy. Przez cały ten czas, Brian nawet słowem nie zająknął się o Simonie czy zdarzeniach jakie miały miejsce na samym  początku naszej wycieczki. Jednak to nie sprawiło że choćby na chwile zapomniałam o tym co powiedział Brian.
Jaki to musiał być zbieg okoliczności, żeby nowy uczeń przypadkiem znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Zaledwie parę minut po tym jak ktoś Cię zepchnął. Pomyśl o tym, Raven. 
I to właśnie nie daje mi spokoju. Dlaczego ktoś taki jak Simon Reyes chciałby mojej śmierci? I co najważniejsze dlaczego Brian w ogóle wyciągnął takie wnioski? Brian coś ukrywa, jednak każdy z nas ma swoje własne sekrety. Tak jak ja. I dlatego właśnie o nic nie będę go pytać. Zaufam mu i poczekam aż sam wyjawi swoją tajemnice.
-Halo?? Jest tu kto? - Widzę rękę machającą mi przed twarzą. Mrugam szybko i odrywam spojrzenie od ogniska na twarz intruza. Ku mojemu zdziwieniu jest to twarz a raczej głowa  Tobiasa Brown'a, chłopaka któremu Brian praktycznie chciał odgryźć głowę po tym jak nauczyciel kazał mu zaprowadzić mnie do pielęgniarki.
-Hej. Ja... Umm... zamyśliłam się.- Mówię drapiąc się w tył głowy. Tobias wybucha śmiechem, co przyprawia mnie o delikatne rumieńce.
-Tak. Zauważyłem. Twój wyraz twarzy... Wyglądałaś jakby twoje ciało było tylko pustą powłoką, a ty, to kim jesteś dryfowało gdzieś tam.- Kończąc stuka delikatnie w moją skroń.
-Taaa. To czasami jest ...- Urywam w poszukiwaniu odpowiedniego słowa. Ku mojej uldze Tobias zmienia temat.- Więc już wróciłaś? Jesteś tu z nami obecna? Duchem i sercem?- Marszczę brwi.- Chodzi mi o to co działo się z Tobą przez ostatnie dwa lata.- Aha i wszystko jasne. Kiwam głową.- Taaa. Wróciłam i już wszystko w porządku. Brian. On ...- Kolejny raz urywam w poszukiwaniu idealnego słowa, tym razem określającego to co Brian dla mnie zrobił tym zderzeniem, kiedy się poznaliśmy. - Potrząsnął Tobą. Sprawił że wydostałaś się z za tej ściany, którą zbudowałaś by chronić swoje potrzaskane serce i nie zwariować.- Jeszcze kilka miesięcy temu zignorowałabym Tobiasa albo nakrzyczała na niego że wchodzi w moje życie z butami. Teraz wiem że ma racje. Teraz wiem że potrzebowałam kogoś kto wszedłby z butami w moje życie i trzymał się tak bardzo mocno by w nim zostać, jak Brian. - Ale wierz mi. Tylko wariaci są coś warci.- I z tymi słowami odchodzi. Gdy dłużej myślę o naszej rozmowie, tym większy znajduje sens w słowach Tobiasa. Zaczynam rozumieć że potrzebowałam takiej rozmowy z kimś z zewnątrz. I czuje jak niewielka część tego okropnego ciężaru który noszę znika.
- Wszystko w porządku, skarbie?- Brian kuca i całuje mnie w policzek. Przewracam oczami. Jest cholernie opiekuńczy od dnia wypadku. Nie żeby wcześniej nie był.
-Tak, tak.- Muzyka w tle zmienia się na wolniejszą. Brian patrzy na mnie z szerokim uśmiechem. Kłania mi się i pyta szarmancko:- Czy zechciałaby Pani zaszczycić mnie tańcem?- Kręcę głową na pomysły mojego chłopaka i z jego maleńką pomocą wstaje. Mój niezrównoważony  chłopak obejmuje mnie w talii i przenosi kilka metrów dalej. Stawia mnie na ziemi, wciąż obejmując mnie swoimi umięśnionymi ramionami. - Nie wygłupiaj się Brian. Nie umiem tańczyć. - Szepcze głośno. Jednak mój chłopak wzdycha głośno z wyraźną ulgą. - Dzięki bogu, bo ja też nie. Było by bardzo źle, gdybym się zbłaźnił przed moją piękną, piękną dziewczyną.- Opieram głowę o jego pierś i kiedy chichocze słyszę śmieszne dudnienie wydobywające się z jego piersi. Kołyszemy się przez chwilę aż naglę wyczuwam pewną zmianę w Brianie. Podnoszę głowę i patrzę w jego cudowne zielone oczy.
-Raven, ja... Muszę Ci coś powiedzieć.- Przenoszę ręce na jego szyje wciąż na niego patrząc. Brian odwzajemnia moje spojrzenie, patrzy na mnie tak jakby czegoś szukał. Wreszcie bierze głęboki wdech i przytulając mnie do siebie mówi: Nic. Już nic. Stoimy tak po prostu się przytulając aż kończy się piosenka.
-Wracamy?- Pyta. W odpowiedzi kiwam głową.

*
Dlaczego ja w ogóle pakuje tego słodkiego, lenia jakim jest Brian? Ach, no tak jest moim chłopakiem i chce mi się płakać, kiedy widzę jak to dziecko pakuje ubrania do walizki. No dobra pakowanie to nie jest słowo, którym bym określiła to co robił Brian. To było raczej wrzucanie. A potem po prostu, najzwyczajniej w świecie kazał mi na niej usiąść. Tak właśnie dlatego teraz go pakuje.
-Skończone.- Mówię podnosząc się z podłogi i podziwiając moje dzieło.
-Wiesz że nie musiałaś.-Zasuwa walizkę i stawia ją na nóżkach.- Wiem.-Odpowiadam.
Przez chwilę rozgląda się po pokoju.- A gdzie twoja walizka?- Pyta. Chichoczę widząc jego minę.- W holu.
Unosi brew i kręcąc głową wychodzi z pokoju z walizką w ręku.
-Głupek.-Mówię cicho.
-I tak Cię słyszę!!- Odkrzykuje, sprawiając że śmieje się jeszcze bardziej. Podchodzę do łóżka, poprawiam pościel i naglę moją uwagę przykuwa coś błyszczącego. Pochylam się i wyciągam rękę najdalej jak się da, starając się wyciągnąć owy błyszczący przedmiot. Muskam czubkami palców chłodne srebro i rozpoznaję coś znajomego w tajemniczym przedmiocie. Kiedy go wyciągam razem z ręką spod łóżka oniemieje z wrażenia. Moja bransoletka! Ta sama którą kilka dni temu zgubiłam. Bransoletka od Rafe! Oglądam ją z każdej strony i po dokładnych oględzinach stwierdzam że nie jest uszkodzona. W takim razie musiała mi się zsunąć z nadgarstka, kiedy spałam pierwszego dnia obozu. Zapinam ją najciaśniej jak mogę na prawym nadgarstku, tam gdzie zawsze było jej miejsce. Czuje nie wyobrażalną ulgę mając ją z powrotem.
-Idziesz, Raven?- Słyszę zza pleców głos Briana.
-Tak.- Z małą pomocą mojego chłopaka wstaje i razem trzymając się za ręce idziemy do autobusu.

*
Po długiej podróży do domu, szkolny autobus wreszcie zatrzymał się na szkolnym parkingu. Z jednej strony cieszę się że jestem już w domu, a z drugiej jestem przerażona. Czuje jak niewidzialna ręka ściska moje serce, przypominając o jutrzejszym dniu. O dniu pełnym smutku i cierpienia. Wysiadam z autobusu za Brianem i od razu zauważam czarną limuzynę i stojącego przy nim Romana. Wzdycham zatrzymując się na chwilę na schodkach autobusu. Dlaczego myślałam że mogło by być inaczej? Przytulam się do ciepłego ciała Briana i całuje go namiętnie ignorując gwizdy i wiwaty innych uczniów.
-Do zobaczenia jutro.- Mówi Brian muskając delikatnie moje usta. Nie miałabym serca, gdybym  mu powiedziała że w najbliższym czasie się z nim nie spotkam. Ściska mnie ostatni raz nim mnie wypuści. Nie odwracając się biegnę do samochodu.
-Zawieź mnie do domu, Roman. Jedź tak jakby skończyć miał się świat.
*Brian*

Raven zaczęła się dziwnie zachowywać od chwili kiedy wjechaliśmy do Waszyngtonu. Jednak postanowiłem na nią nie naciskać i poczekać aż sama mi powie co ją gryzie . Oczywiście jeśli będzie chciała. Nie jestem jakimś wścibskim, pokręconym nastolatkiem który musi wszystko wiedzieć. No dobra może jestem pokręcony i nie jestem już nawet nastolatkiem, ale naprawdę zależy mi na Raven. Wciskam guzik pilota przyczepiony do czarnego kluczyka od mojej czarnej Hondy NSX. Samochód pika głośno. Natychmiast zajmuje miejsce za kierownicą i wsadzam kluczyk do stacyjki. Wciskam sprzęgło, wrzucam jedynkę i dodaje gazu, puszczając powoli sprzęgło. Samochód rusza, a ja kieruje się do dzielnicy w której mieszka mój kumpel, a zarazem szef Zeke. Jadę pustymi ulicami Waszyngtonu, obserwując mijane przeze mnie różnorodne budynki. Z tym miejscem związanych jest wiele moich najpiękniejszych wspomnień. Wszystkie związane z Raven, która szybko staje się moim powietrzem, moim narkotykiem, całym moim światem. Zaczynam czuć do Raven coś więcej i wszystko to co przed nią ukrywam ciąży mi na sercu. Od początku zmuszony byłem ją okłamywać, a nie chcę by kiedykolwiek stanęły między nami moje kłamstwa. Przy Raven czuje się w pełni sobą, nie czuje że muszę udawać kogoś innego. Raven jest piękna i co najważniejsze jest moja. Przyśpieszam do 120 km i już po minucie jestem na miejscu. Wyciągam kluczyk ze stacyjki i wysiadam. Naciskam odpowiedni guzik na pilocie i słyszę znajomy odgłos zamykania zamków. Jednym krokiem pokonuje trzy schodki i pukam do szklanych drzwi. Otwiera mi Hallvor, starsza kobieta która jest matką Zeke.
-Cieszę się że cię widzę, Brianie.- Mówi ściskając mnie mocno.
-Ja za tobą też, Hallvor. Gdzie on jest?
-Jest w sypialni. Od godziny chędoży jakąś dziwkę.- Odpowiada mi gniewnie. W jej głosie słychać cień francuskiego akcentu. Kiwam głową i Hallvor znika gdzieś w holu. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest sypialnia Zeke więc podążam za dźwiękami rodem z kanału Animal Planet. Po kilkunastu sekundach staje przed drzwiami do sypialni Zeke i wale w nie pięścią.
- Kończ to pieprzenie, Zeke!- Siadam na kanapie w salonie, który znajduje się kilka pomieszczeń dalej od sypialni. Jednak wciąż słyszę te dzikie jęki i okrzyki. Po około kilku minutach jęki ustają i wreszcie drzwi się otwierają. Z pokoju wychodzi czarno włosy chłopak o niebieskich oczach. Jego ciało pokrywa opalona skóra i liczne tatuaże. Jego mocno opalona skóra, pokryta tatuażami opina twarde mięśnie. Słyszę specyficzny dźwięk wydawany przez jego metalową protezę, która zastępuje całą jego prawą nogę od stopy do kolana. Zeke z ponurą miną siada naprzeciw mnie na fotelu.
- Po pierwsze co ty tu robisz. A po drugie dlaczego pieprzysz tą laskę, kiedy masz dziewczynę?
-Po pierwsze brachu, moja dziewczyna ze mną zerwała, a po drugie przyjechałem zobaczyć jak się ma nasz obiekt.
-Serio Zeke? Obiekt?- Straszy ode mnie mężczyzna, który jest dla mnie jak brat zaczyna mnie wkur***ć.
-Wiesz o co mi chodzi. Zależy mi na ochronie dziewczyny, jej brat nie żyje a ja obiecałem mu że będę ją chronić. Raven jest dla mnie jak siostra, dlatego wole się upewnić że jest bezpieczna.
-Nie ufasz mi , Zeke?- Przewraca oczami jednak po chwili poważnieje.
-Ufam. Jednak cały czas zastanawiam się czy to być dobry pomysł, by powierzyć Ci opiekę nad Raven.
Teraz to jestem naprawdę wkur***ny.
-O co ci chodzi, Zeke?
-Wiesz o co mi chodzi, Brian. Czujesz coś do tej dziewczyny odkąd po raz pierwszy ją zobaczyłeś. A była wtedy z Byronem. Ale ciebie to nie powstrzymało i w końcu znalazłeś sposób by z nią być. Wtedy myślałem ze to dobry pomysł, ale teraz już nie jestem tego pewny.

To jest jawna obelga. Wstaje i ignorując mężczyznę zmierzam w kierunku wyjścia. 

____________________________________________________________________________
Oto i kolejny. Jeszcze nic się zbytnio nie dzieje lecz to się zmieni wraz z następnymi rozdziałami. No tym razem było kilka komentarzy. Obowiązuje ta sama zasada co w poprzednim rozdziale, tylko bez oszustw. 
Lecę pisać 15. Do następnego!
Wklejam wam tu zdjęcie samochodu Briana:


piątek, 3 października 2014

12.

Siedzę na zadziwiająco miękkim krześle obitym czarną skórą, które stoi za drewnianym biurkiem w kolorze orzecha amerykańskiego. Cały gabinet jest utrzymany w ciemnych stonowanych kolorach. No dobra wszystko jest stonowane oprócz krwisto-czerwonej skórzanej dwuosobowej kanapy, na której miewam zwyczaj spać, kiedy pracuje do późna. Na biurku wszystko jest poukładane, po prostu idealne dzięki mojej wspaniałej dziewczynie Laurze, która lituje się nade mną i ogarnia bałagan który zazwyczaj robię. Na czystym blacie biurka stoi kilka ramek ze zdjęciami na których jestem z Laurą na plaży, zdjęcie mojej siostry i młodszego brata, aktualne zdjęcie braciszka i jedno z najcenniejszych jakie mam. Na tle granatowego nieba pokrytego milionami gwiazd, stoją trzy elegancko ubrane osoby. Młodsza dziewczyna która jest dla mnie jak siostra, ubrana w krótką, białą sukienkę stoi po środku, a na jej prawym nadgarstku tuż od bransoletki ode mnie spoczywa biały kwiatek od jej chłopaka. Po lewej stronie stoję ubrany w marynarkę i czarne spodnie, a po prawej chłopak mojej siostry a zarazem mój najlepszy przyjaciel, Byron. Byliśmy na nim tacy szczęśliwi. Wtedy nie dosięgały nas troski zwykłego życia. Żyliśmy chwilą, wyznając zasadę: Żyje się tylko raz. Mieliśmy naszą zasadę, siebie nawzajem i to nam wystarczało. A potem dosięgła nas śmierć.
Mrugam szybko nie pozwalając demonom przeszłości, powrócić i zapanować nade mną . Odrywam spojrzenie od fotografii i szczęśliwych na nim ludzi i przenoszę je na znajdujące się przede mną białe teczki, ułożone w schludnym rządku, jedna nachodząca na drugą. Na brzegu, każdej teczki, widnieją pionowo zapisane nazwiska: Marcus Collins, Mikaela Collins, Raven Collins, Raphael Collins, Brian Dubrinsky, Tamsyn Wilson, Andrew Hunter i Simon Reyes.

*Brian*
-Z kim rozmawiałeś?- Słyszę zaspany głos Raven dochodzący zza moich pleców. Cholera.
-Mam nadzieje, Brianie Dubrinsky że to nie byli moi rodzice.- Patrzę prosto w jej gniewne szare oczy, które pod wpływem gniewu zamieniają się w płynną stal. Ma śliczne oczy. Mówiłem jej o tym ? Jeśli nie to muszę to zrobić.
-Oczywiście że nie. Tym się zajmą nauczyciele.- Obejmuję ją delikatnie. Opiera czoło o moją klatkę piersiową i wzdycha. Przesuwam ręką po jej plecach i czuje jak mocno napięte jest jej ciało.
-Powinnaś wracać do łóżka.-Mówię po chwili.
-Jesteśmy na biwaku, Brian. Powinniśmy być na zewnątrz z innymi.
-Raven ...-Zaczynam mając milion gotowych do użycia argumentów.
-Wiem, wiem.- Odwraca się i utykając wraca do pokoju. Kręcąc głową, idę za dziewczyną.

*
Jest środek nocy. Raven leży tuż obok odwrócona plecami w moją stronę. Wyślizguje się cicho z łóżka, zaciskając mocno oczy i przeklinając w myślach swój pęcherz, kiedy podłoga pod moimi stopami głośno skrzypi. Zamykam drzwi z cichym stuknięciem i prawie w podskokach biegnę do małej łazienki. Kiedy już mój pęcherz zostaje opróżniony, spuszczam wodę i staję przed umywalką. Odkręcam kran i natychmiast nabieram wody w ręce. Przemywam twarz, pocierając mocno zmęczone oczy i zakręcam kurek, jednocześnie sięgając po ręcznik. Wycieram nim twarz i odwieszam go na plastikowy haczyk, gdzie jego miejsce. Patrzę w duże, lekko zabrudzone lustro. Momentalnie przypomina mi się rozmowa Raven i Tammy.

- Tammy, ja chyba zwariowałam.-Mówi cicho Raven. Mimo iż znamy się dopiero od niedawna potrafię poznać, kiedy moja dziewczyna jest zdenerwowana. To jest właśnie ta chwila.
-Czemu tak myślisz?- Tammy łapie ją delikatnie za obandażowaną dłoń.
-Wydaje mi się...-Raven bierze głęboki wdech.- Tak?
-Ktoś mnie popchnął, Tammy. Ktoś chciał bym zginęła.

Słowa Raven odbijają się w mojej głowie, pozostawiając po sobie dziwne echo. To nie może być przypadek że najnowszy uczeń naszej szkoły, dziwnym zrządzeniem losu znajduje Raven kilka minut później po tym jak ktoś ją zepchnął. I oto kolejnym dziwnym trafem Simon Reyes zostaje bohaterem ! Gratulujemy Brianowi Dubrinskiemu za jego nadzwyczajną głupotę! Cholera muszę przestać być sarkastyczny i wziąć się do roboty. Gimenez wie już o Raven i prawdopodobnie wysłał jednego ze swoich bezmózgich pachołków by zrobił krzywdę mojej Raven. Moja Raven. Jak to cudownie brzmi. Ona cała jest cudowna i prawdopodobnie mnie znienawidzi. Baa, pewnie znienawidzi całą naszą trójkę za ukrywanie przed nią prawdy. Miejmy nadzieje że tak się nie stanie i mimo wszystko, że kiedy nadejdzie czas wyboru, Raven wybierze mnie. A do tego czasu muszę zająć się wszystkim, co stanowi jakiekolwiek zagrożenie dla Raven. W końcu dlatego zostałem tu wysłany. By chronić Raven.

*Raven*

-Uspokój się, mamo! Już Ci mówiłam że nic mi nie jest.- Przerywam słuchając tyrady jaką prawi mi od kilkunastu minut wyrzucając z siebie słowa z prędkością światła.- Nie ma sensu robić niepotrzebnego zamieszania. Po prostu się potknęłam, ale na szczęście Simon tak jak ja odłączył się od grupy i mnie uratował. No i mam Briana.
-Jesteś pewna że się potknęłaś? I nikt Ci w tym nie pomógł? I kto to w ogóle jest Simon? To twój chłopak?
-Tak. Jestem pewna. Simon jest nowym uczniem i nie, nie jest moim chłopakiem. - Źle się czuje okłamując własną matkę, jednak nie mogę jej powiedzieć że ktoś mnie popchnął bo najprawdopodobniej zabrała by mnie z obozu, albo wysłała całe Secret Serwis, a tego byśmy przecież nie chcieli.- Czy poczujesz się lepiej jeśli obiecam Ci że będę dzwonić co dwa dni abyś była pewna że nic mi nie jest?
-Co wieczór.- Mówi swoim twardym, nie znoszącym sprzeciwu głosem.
-Stoi. Do zobaczenia w domu! Ucałuj ode mnie Alexa! -Rozłączam się szybko nim zdąży zmienić zdanie. Cholera. Nie mogę uwierzyć że się udało. Dla całkowitej pewności wyglądam przez okno. Nic. Tylko uczniowie i opiekunowie. Żadnego FBI czy Secret Serwis. Odkładam mojego iPhone'a na szafkę i poprawiam kucyk, który zrobiłam dwie godziny temu. Wyciągam buty z szafy z zamiarem założenia ich i udania się na stołówkę, kiedy do domku wpada Tammy.
-Raven! Raven!- Słyszę jej krzyk rozbrzmiewający po domku. Jezu, czego ona tak wrzeszczy? Nim zdążę odpowiedzieć, Tammy wpada do sypialni w swoich czarnych szpilkach, o mało co się nie przewracając.
-Musisz ze mną iść i to szybko.- Nie zważając na moje nie zawiązane sznurówki, łapie mnie za rękę i wyciąga z sypialni. Po tonie jej głosu wyczuwam że skoczyła jej adrenalina ,ale zapewne to po biegu w tych czarnych szczudłach. Wciskam pięty w podłogę skutecznie zatrzymując przyjaciółkę.- Co się stało, Tammy? Nie możesz mnie tak po prostu wyciągać z sypialni, nie mówiąc mi o co chodzi.- Patrzę na nią ze zmarszczonymi brwiami.
-Brian przycisnął Simona. Nie wierzy że nowy znalazł się tam przypadkiem. Raven! On myśli że Simon Cię zepchnął. Ba on jest tego pewny!- Mrugam szybko i wybałuszam oczy.- Co?! Skąd on wie, albo w ogóle domyśla się że ktoś mnie zepchnął?- Mówię gorączkowo wiążąc sznurówki. Unoszę głowę i patrzę na Tammy.- Powiedziałaś mu?
Dziewczyna patrzy na mnie jak na wariatkę. - Oczywiście że nie! Jak mogłaś w ogóle tak pomyśleć? - Kręcę głową i podnoszę się. Od razu zauważam że Tammy zmieniła szpilki na inne buty. - Gdzie on jest?- Pytam, zmierzając do drzwi.- Za domkami jest boisko do piłki nożnej. Zeskakuje z małego tarasu i kieruję się we wskazanym przez Tammy kierunku.
-Raven! Czekaj!- Woła Tammy z za moich pleców.- Po co? Muszę tam być tam najszybciej jak mogę. Nie chcę żeby zrobił coś głupiego.
-Idę z tobą. Myślisz że dlaczego zmieniłam szpilki na buty gotowe do biegu?- Zatrzymuje się i odwracam. - Tammy założyłaś miętowe sandałki!- Mówię wskazując ręką jej buty.
-Każdy but na płaskim obcasie jest dobry do biegania.- Wzrusza ramionami i wspólnie kierujemy się na boisko. Po kilkunastu przemierzonych metrach zastanawiam się skąd Tammy wiedziała o Simonie i Brianie. Patrząc na miękki grunt pod stopami, doskonale wiem że nie przeszła by tędy w tych czarnych szpilkach.- Skąd wiedziałaś o Brianie?- Wzrusza ramionami.
-Od Drew. Wysłał mi sms'a. Sama widzisz że nie przeszła bym tędy nie ryzykując zniszczenia moich butków.- W oddali widzę Briana, Drew, Simona i Desmonda, którego zdaje się bawić ta cała sytuacja. Z jednej strony nie zdziwiłabym się gdyby to Desmond podsunął Brianowi myśl że Simon mógłby mnie zepchnąć, ale z drugiej doskonale wiem że Brian nie daje sobą manipulować. Biorę głęboki wdech i postanawiam nie wyciągać pochopnych wniosków i dowiedzieć się co jest grane. Przyśpieszam kroku i po kilku minutach jestem już przy Brianie. Simon i Desmond gdzieś zniknęli, więc domyślam się że mnie zobaczyli i zwiali.
-Co ty wyprawiasz Brian?- Wybucham. Straciłam już całą cierpliwość w stosunku do tego młodego, upartego mężczyzny. - Nic. - Robi tą swoją minę niewiniątka, marszcząc przy tym czoło.
-Co zrobiłeś Simonowi i najważniejsze dlaczego?!- Otwiera usta żeby zaprzeczyć.- Nie, znieważ się kłamać, Brian.- Ostrzegam.- I najważniejsze skąd wiesz o moich domysłach?
-Ja... Ummm... Usłyszałem.- Co?! Stał tam pod drzwiami i podsłuchiwał, kiedy rozmawiałam z Tammy?!- Podsłuchiwałeś?- Patrzę na niego z niedowierzaniem. Czuje się też w pewnym sensie zdradzona. Ufałam Brianowi. Co ja gadam wciąż mu ufam i czuje do niego coś więcej niż tylko zaufanie. Coś czemu nie jestem jeszcze gotowa podołać. Coś co może mnie zniszczyć. Słowo w słowo.
-Nie. Naprawdę. Usłyszałem przypadkiem. Chciałem wejść i spytać czy chciałabyś coś ze stołówki i wtedy usłyszałem.- Tłumaczy się. Mówiąc to patrzy mi prosto w oczy. Jakimś cudem wiem że mówi prawdę. - To nie wyjaśnia, dlaczego zaatakowałeś Simona. Bo inaczej nazwać tego nie można.- Bierze głęboki wdech.- Jaki to musiał być zbieg okoliczności, żeby nowy uczeń przypadkiem znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Zaledwie parę minut po tym jak ktoś Cię zepchnął. Pomyśl o tym, Raven.- Czyżby Brian sugerował...? Nie to nie możliwe.
-Sugerujesz że niby Simon próbował mnie zabić?- Po prostu nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego Simon chciałby mnie zabić?

Otwiera usta.- Przestań.- Macham na niego ręką.- Muszę to przemyśleć, a teraz wracajmy do obozu i wykorzystajmy te niecałe 5 dni jakie nam zostały.
_______________________________________________________________________________
I oto kolejny. Nie wiem co mam wam jeszcze napisać w notce. No ale dobra. Było bardzo mało komentarzy pod poprzednią notką więc zastanawiam się czy ktoś to w ogóle czyta. Następny rozdział mam już napisany i to od was zależy kiedy on się pojawi. Dlatego na razie nie podaje terminu następnego rozdziału. Im więcej komentarzy tym wcześniej dodam rozdział. Naprawdę zależy mi abyście zostawili pod tym rozdziałem komentarz bo chce wiedzieć ile osób czyta mojego bloga. Możecie wstawić chociażby kropkę, przecinek czy cokolwiek. .No więc do następnego.

piątek, 12 września 2014

11.


Czas na chwilę zwalnia. Czuje jak powietrze rozwiewa mi włosy, kiedy spadam. Krzyczę robiąc fikołka w powietrzu i wyciągam na oślep ręce, które po kilku długich sekundach łapią fragment skały. Wiszę tak przez chwilę machając nogami w powietrzu, sapiąc przerażona aż wreszcie instynkt przetrwania budzi się we mnie.
-Pomocy!- Wołam jednocześnie szukając oparcia dla nóg.- Pomocy!!-Krzyczę ponownie, czując jak łzy zaczynają zbierać się w moich oczach. - Niech ktoś mi pomoże.-Szepcze, uwalniając łzy z moich oczu. Dociera do mnie że mogę tu zginąć, że mogą być już daleko i mnie nie usłyszeć. Z moich zaciśniętych ust ucieka głośny szloch. Zginę tu i już nigdy nie zobaczę Briana. Nie, nie mogę tak myśleć. Nie mogę się poddać ze względu na niego, na moich przyjaciół i rodzinę. Kawałek skały który trzymam przesuwa się z głośnym specyficznym zgrzytem, a moje ciało zsuwa się o kilka centymetrów. O Boże.
-Pomocy!!!!-Krzyczę ponownie. Czuje jak ostry kamień wbija mi się w dłonie, sprawiając coraz większy ból.
-Jest tu kto?-Słyszę. Ożywiam się.- Tutaj!! Na dole!!- Płacze z radości że ktoś mnie odnalazł oraz z silnego bólu, jaki czuje w dłoniach z których wycieka obficie krew. Patrzę w górę i widzę męski cień.
-O Boże! Trzymaj się zaraz Ci pomogę!!- Chłopak schodzi po zboczu góry. Po stanie moich rąk czuje że nie wytrzymają długo. Patrzę jak chłopak w loczkach schodzi po krok po kroku i nagle jedna z moich rąk nie daje rady i ześlizguje się z skały.
-AAaaaa!! Proszę, pośpiesz się. Dłużej nie dam rady! - Szlocham. Cała siła jaką miałam w tych małych dłoniach wyczerpała się i w każdej chwili mogę spaść kilka metrów w dół na dno przepaści, którą pokrywają ostre kamienie o rozmaitych kształtach.
-Dasz radę! Nie poddawaj się!- Chłopak zeskakuje i krzywi się. Zrzuca szybko plecak i kładzie się na twardym podłożu. Patrzę na jego twarz i poznaje Simona Reyes.
-Złap mnie za rękę!- Mówi ściskając nadgarstek mojej dłoni, którą trzymam się skały. Jego druga ręka jest wyciągnięta w kierunku mojej drugiej. Wyciągam rękę, a nasze palce ledwo się dotykają i nic po za tym.
-Nie dam rady!- Płacze.- Dasz, Raven! Musisz się tylko trochę podciągnąć!- Staram się najbardziej jak mogę jednak nic z tego. Moja druga ręka puszcza skałę i wiszę tak teraz trzymana przez Simona.
-O Boże, o Boże.-Powtarzam przerażona.
-Raven! Popatrz na mnie!- Unoszę głowę i patrzę w niebieskie tęczówki Simona. - Musisz znaleźć oparcie dla nóg, słyszysz? Nie dam rady długo Cię tak utrzymać.
Zaczynam panikować.
-Uspokój się i popatrz w dół.- Oddycham spazmatycznie i patrzę w dół, starając się znaleźć oparcie dla nóg. Wciskam nogę w szczelinę, podciągam się i próbuje złapać wyciągniętą dłoń Simona. Wtedy moje szczęście się kończy i moja noga wyślizguje się z małej szczeliny. Piszczę.
-Próbuj dalej, Raven.-Mówi Simon marszcząc czoło w skupieniu. Widzę jak kropelka potu spływa mu z czoła na czubek nosa.
-Nie mogę!-Mówię płaczliwym głosem. Simon bierze głęboki wdech. - Raven spójrz w dół.- Wypełniam jego rozkaz.- Widzisz tę półkę na prawo ok. 2 metrów niżej?
-Tak.-Odpowiadam moim ochrypłym od wrzasków głosem.- Jesteś pewna?  Przypatrz się jej dobrze, Raven. Bo za chwilę puszczę Cię na nią.-Mówi pełnym napięcia głosem.
-Co?!!! Nie!!! Proszę, nie!!

*Brian*
Idę na sam koniec grupy w poszukiwaniu Raven. Jak do tej pory po mojej dziewczynie ani śladu. Drapiąc się w głowę dochodzę na sam koniec grupy, gdzie Tammy, przyjaciółka Raven , idzie trzymając swojego chłopaka Drew za ramię.
-Gdzie Raven?-Pytam bez ogródek. Drew mruga i po kilku sekundach odpowiada.
-Zatrzymała się, chyba chciała się napić.
-I zostawiłeś ją samą?! Coś mogło się jej stać !- Kręcę z niedowierzaniem głową. Jak Drew mógł być taki głupi! Jeśli coś się stało Raven to chyba go uduszę! Bezmyślny, napakowany dureń. Zasrany rozgrywający. Wciąż kręcąc głową, idę w kierunku gór, tam skąd właśnie wracaliśmy kiedy zgubiłem Raven. Jak mogłem być taki durny że choć na chwilę spuściłem ją z wzroku. Jestem do bani opiekunem. Czuje łzy w oczach. Nie chcę by coś się stało Raven. Nie tylko dlatego że zgłosiłem się do roli jej opiekuna, ale dlatego że ją kocham. Co?! Kocham?! Co to ku**a ma być??! Zakochałem się w Raven? Ach, jestem głupi skoro myślę że mogło by być inaczej. Wzdycham. Jestem prawie pewien że jestem w niej zakochany od chwili, kiedy ją zobaczyłem pierwszym razem.
-Nie mogę!- Słyszę przerażony głos Raven. Co do cholery? Jej głos dobiega jakby z ... dołu ?
Podchodzę do krawędzi i zauważam ją i jakiegoś chłopaka. O matko! Raven wisi nad przepaścią. Bezszelestnie schodzę na dół. W tym chłopaku rozpoznaje Simona Reyes. To nie może być zbieg okoliczności.
-Jesteś pewna? Przypatrz się jej dobrze, Raven. Bo za chwilę puszczę Cię i polecisz na nią.-  Wyczuwam w jego głosie dziwne napięcie. O Boże! Simon chcę zabić Raven!
-Co?!!! Nie!!! Proszę, nie!!
Zeskakuje na półkę na której znajduje się Simon i Raven.
- Nie waż się tego zrobić, Simon.- Rzucam plecak na ziemie i kładę się obok Simona. - Brian!
Patrzę na mokrą od łez twarz Raven. - Nie bój się, skarbie. Zaraz Cię wciągnę.- Raven wyciąga wolną rękę, całą umazaną we krwi. Starając się sprawić jej jak najmniej bólu łapie ją obiema rękoma za nadgarstek i razem z Simonem powoli, cal po calu wciągamy ją na półkę. Parę metrów wyżej słyszę zbliżające się głosy naszej grupy. No świetnie. Teraz sobie przypomnieli o braku kilku uczniów. Nad głową słyszę przerażone głosy. Jednak ignoruje je i wciągamy Raven. Od razu nie zważając na nic biorę Raven w ramiona i ściskam ją mocno.
-Nigdy więcej tego nie rób, Raven.- Mówię czując jak jedna, mała zbłąkana łza wymyka się z mojego oka i znika wśród czarnych jak noc włosów Raven. -  Co ty sobie myślałaś oddzielając się od grupy?
-Zgubiłam bransoletkę.-Płacze w moją koszulkę.
- Kochanie, masz dziesiątki bransoletek.- Przeczesuje palcami jej poplątane od wiatru włosy i wyjmuje z nich gałązkę.-Kupie Ci tyle ile będziesz chciała. Tylko więcej mnie tak nie strasz. - Cholera nie mogę uwierzyć że prawie zginęła przez głupią bransoletkę.
-Ale ona była od mojego brata.- Cholera! Bransoletka od Rafaela. W dodatku ,, martwego''.
-Nie martw się kochanie. Znajdziemy ją.- Przytulam ją mocniej. Czuje kogoś rękę na ramieniu.
-Musimy ją zbadać.

*
-Jesteś pewny, Brian?- Pyta mnie po raz kolejny nauczycielka.
-Tak, proszę Pani.- Wreszcie nauczycielka poszła sobie, zostawiając mnie i śpiącą Raven samych. Jezu, ta nauczycielka myśli że nie potrafię się zająć przez parę godzin swoją dziewczyną? A co ja jakiś upośledzony? Po cichu wchodzę do pokoju i biorę z dębowej szafki nocnej iPhone'a. Chowam go do kieszeni i otulam Raven zieloną kołdrą. Patrzę przez chwilę na jej otarty policzek i ręce owinięte w bandaże pod którymi ukryte są szwy. Po minucie wymykam się z pokoju nie chcąc obudzić Raven. Wyciągam komórkę i wybieram numer. Po dwóch sygnałach mój rozmówca odbiera. Spodziewam się wrzasków i krzyków za to że Raven odebrała mój telefon jednak głos, który słyszę jest smutny, ale opanowany i spokojny.
-Raven odebrała twój telefon, prawda?- Jest naprawdę smutny. Mogę sobie tylko wyobrazić sobie jak bardzo musi tęsknić za Raven. To już prawie dwa lata.
-Tak. Jechaliśmy i spałem ...
-Nie ważne. Mimo iż było dobrze znowu usłyszeć jej głos to ta sytuacja ma się nie powtórzyć, Brian. Nie chcemy przecież, aby Raven poznała prawdę, wcześniej niż to konieczne.
Wzdycham. Boję się. Boję się tego co zrobi Raven, kiedy pozna już prawdę. Czy mnie znienawidzi? Czy może mi wybaczy że zataiłem przed nią prawdę?
-Sprawdziłem tego Simona. Jest czysty. No poza mandatem za jazdę po pijanemu.
- Należy do Gimenez'a?
- Nic nam o tym nie wiadomo.- Słyszę jak wzdycha i dźwięk przewracania kartek. Wyobrażam sobie jak siedzi w swoim gabinecie, przy dębowym biurku, a przed nim leżą akta Simona Reyes'a.
Biorę głęboki wdech.
- Raven miała wypadek, w górach.
-Co?! Jak to w ogóle możliwe?!-
- Zgubiła bransoletkę od brata !- To uspokaja jego wybuch.- Potem... przypadkiem usłyszałem jak rozmawiała z Tammy i powiedziała jej że ktoś ją zepchnął! Ktoś próbował ją zabić! A ja nie wiem kto.
- Dowiedz się i informuj mnie o wszystkim! Chce wiedzieć kto zagraża mojej siostrze! Nie sp***rz tego!
-Nie s**eprze. Kocham ją.
Słyszę głośne prychnięcie. - Informuj mnie o postępach misji.- Rozłącza się.

_________________________________________________________________________________
No i oto kolejny rozdział. Wypadek Raven i kolejne z tajemnic Brian' a to tylko wierzchołek góry lodowej z  jaką się zderzą niczym Titanic. W życiu Raven nadchodzi wiele zmian, ale czy im podoła? Czy mimo sekretów, pokocha na nowo? Zaczynam powoli uchylać rąbka tajemnic jakie skrywa Brian. Więc w następnych rozdziałach krok po kroku zacznie się coś dziać. W tym roku kończę gimbusiarnie więc mam o wiele mniej czasu na pisanie rozdziałów, ale spokojnie nie zamierzam zawieszać bloga czy coś z tych rzeczy. Nadrobiłam parę rozdziałów i jestem prawie trzy rozdziały dalej. Jeśli macie jakieś pytania dotyczące bloga i nie tylko śmiało pytajcie. Jeśli będzie trzeba podam link do swojego Ask'a czy Tumblr albo po prostu stworze na blogu kolejną zakładkę. Jak zwykle proszę o komentarze i do następnego.
PS. Nie zadawajcie mi komentarzy typu ,, Kiedy następny?'' Zaraz pod tytułem bloga, fioletowymi literkami jest to napisane.
PS. Przepraszam za zawał jaki zafundowałam Pegaz i innym czytelnikom. :)