-Boże. Tak bardzo za Tobą tęskniłem.- Wyznaje Rafe, ściskając mnie mocno.
-Ja też.- Mówię cicho, a łzy wypływające nieustannie z moich oczu moczą koszulkę brata. Jestem szczęśliwa. Prawię mogę poczuć jak każdy część mojego serca wraca na swoje miejsce. Mimo to wciąż jest złamane i podatne na zranienia jak pierwsze serce Rafe.
-Dziękuje.- Mówi słabym głosem Rafe do kogoś za mną. Nie muszę się odwracać by wiedzieć, do kogo mówi, lecz mimo wszystko robię to. I widzę go. Briana. Najlepszego, najcudowniejszego chłopaka jakiego było lub będzie dane mi mieć. Opieram bok głowy o pierś wciąż obejmującego mnie Rafe i posyłam Brianowi uśmiech, który mam nadzieje wyraża to co teraz czuję, co chce mu powiedzieć.
A on? Cholernie szalona i niepowtarzalna miłość mojego życia? Uśmiecha się do mnie zawadiacko - Nie ma za co, księżniczko.- Mówi, a łzy wzruszenia lśnią w jego oczach. Wychodzi zostawiając nas samych, abyśmy mogli nacieszyć się swoją obecnością.
*
Siedzę na schodkach przed domem Briana i patrzę jak dwaj najważniejsi mężczyźni mojego życia, grzebią pod maską sportowego samochodu Briana, energicznie o czymś dyskutując. Nie wiem, jak mogłam nie chcieć go z powrotem w swoim życiu. Mojego bliźniaka, mojej drugiej połówki. Byłam zraniona. Miałam żal do Rafe za to, że mnie zostawił, że wykluczył mnie ze swojego życia, miałam mu za złe, że chciał mnie chronić. Teraz wiem, że nie mogę. Jak mogłabym się na niego gniewać za to, że mnie opuścił, skoro zrobiłabym dokładnie to samo by go chronić?
-Raven.- Zaczyna Rafe chowając komórkę do kieszeni spodni.- Muszę już jechać. Mam parę spraw do załatwienia, ale obiecuje, że jutro przyjadę tu z samego rana i spędzimy razem cały dzień.- Wstaje bez słowa i przytulam go mocno.
-Kocham Cię, Rafe.- Mówię cicho.
-Ja Ciebie bardziej.- Rafe składa pocałunek w moich włosach i spokojnym krokiem zmierza w kierunku samochodu. Komórka stojącego przy mnie Briana, wydaje kilka krótkich dźwięków, sygnalizujących przyjście wiadomości. Brian ignoruje go, krótkie westchnienie wydostaje się z jego ust, kiedy łapię mnie za rękę. Spoglądam w dół na nasze splecione dłonie, niby zwyczajne złączenie rąk, a dla mnie niesamowita radość mieć kogoś przy sobie komu mogę zaufać. Wolną ręką macham krótko Rafe i patrzę jak jego samochód znika w oddali. Stoimy tak chwilę, aż powoli odwracam się w stronę Briana i spoglądam na jego przystojną, pełną ostrych krawędzi twarz. Jest poważny. Spojrzenie jego nieziemsko zielonych oczu zdaję się przeszywać mnie na wskroś. Czuję jak pod ich wpływem moje serce przyśpiesza. Pokonuje ostatni dzielący nas krok, nasze piersi stykają się, a my wciąż nie odrywamy od siebie wzroku. Czas zwalnia. Widzę ruch szczęki Briana, kiedy zaciska ją na ułamek sekundy, błysk czegoś nieuchwytnego w oczach mojego chłopaka. Pochyla się powoli, jakby dając mi czas na odwrót, a ja wiem, że ten dzień nie zakończy się na zwykłych pieszczotach i co więcej już mnie to nie przeraża. Jestem gotowa na tą bliskość. Nasze usta spotykają się w połowie drogi, ręka Briana obejmuje mój policzek, kiedy całujemy się powoli, długo i namiętnie. Prawię mogę poczuć bijący od niego żar. Przychyla się i podnosi mnie łapiąc za uda. Teraz jesteśmy równi. Obejmuję go ramionami za szyję, zamykam oczy i całuję go. Kiedy się od siebie odrywamy, zauważam, że jesteśmy w jego sypialni, oboje oddychamy ciężko. Patrzę prosto w jego oczy i widzę pożądanie i głęboką miłość. Odważnie łapię za rąbek jego koszulki i z małą pomocą Briana, zdejmuję ją. Przez chwilę podziwiam jego silnie umięśnione ciało i zauważam na piersi, tatuaż, którego wcześniej nie było. Musiał zrobić go niedawno, lecz nie mam szansy przyjrzeć mu się dokładnie, ponieważ Brian przyciąga mnie do siebie i całuję zachłannie. Opieram dłonie na jego biodrach i niedługo potem moja koszulka ląduje gdzieś na podłodze. Widzę wzrok Briana pożerający moje ciało i czuję się odrobinę bardziej pewna siebie. Nie mija dużo czasu, kiedy wszystkie nasze ubrania lądują na podłodze, a my na ogromnym łożu spleceni w miłosnym uścisku.
Brian
Jest wczesny ranek, kiedy się budzę. Wpadające przez okno promienie słoneczne, przyjemnie ogrzewają ciało. Spoglądam w dół na leżąca na mojej piersi Raven, na jej włosy rozsypane na jej plecach, na jej drobną dłoń spoczywającą na moim brzuchu. Uśmiecham się na samo wspomnienie ostatniej nocy. Była, jest idealna. Raven, jakby świadoma moich myśli, uśmiecha się delikatnie przez sen, a ja wiem, że gdyby nie była w posiadaniu mojego serca, to właśnie w tej chwili by je zdobyła. Ostrożnie wysuwam się spod niej i całuje w czoło.
*
Stawiam tace na szafce nocnej, nachylam się nad Raven i obsypuje jej twarz pocałunkami. Potrafię wskazać dokładny moment w którym się obudziła, moje usta muskają jej policzek, blisko ust, a ona wpija się w nie zachłannie. Całujemy się przez chwilę, pozwalam się uwolnić skrytemu w nas pożądaniu, a następnie łaskoczę ją. Raven odrywa się ode mnie, rzucając się po łóżku i chichocząc. Zamiera nagle, uśmiech schodzi z jej ust.
-Hej.- Mówię łagodnie.
-Hej.- Odpowiada nieśmiało, oczy jej błyszczą. Pochylam się i składam na jej ustach szybki pocałunek.
-Mam coś dla Ciebie.- Przesuwam się odrobinę i pozwalam jej zobaczyć tacę ze śniadaniem.- Śniadanie dla wyjątkowej dziewczyny.- Na jej twarz wpełza rumieniec, jej oczy patrzą wszędzie tylko nie na mnie. Nagle wydaję się być świadoma swojej nagości i naciąga kołdrę na piersi.
-Hej... Nie chcę, żebyś myślała, że to wszystko co teraz mówię czy robię jest przez to że wczoraj się kochaliśmy.- Jej rumieniec się powiększa.- Po części tak, ale to dlatego, że chcę żebyś czuła się wyjątkowa. Kocham Cię, Raven i chce, żebyś o tym wiedziała. I będę Ci to okazywać na wszystkie możliwe sposoby, dopóki będziesz mi na to pozwalała.- Patrzy mi prosto w oczy i nagle obejmuję mnie za szyję. Przytulam ją i wciągam z całym przykryciem na kolana. Nie wiem ile czasu tak siedzimy, ale mógłbym trwać tak całą wieczność byle by mieć ją przy sobie.
____________________________________________________________________
Witam z powrotem! Od razu uprzedzam, że nie wracam na stałe. Niestety z powodu natłoku nauki nie mam za bardzo czasu pisać bloga, jednak postaram się wam coś od czasu do czasu wrzucić. Wybaczcie, że rozdział taki krótki, ale lepiej coś niż nic, prawda?
poniedziałek, 28 grudnia 2015
piątek, 14 sierpnia 2015
Ogłoszenie parafialne.
Z wielką przykrością muszę ogłosić, że zawieszam bloga z powodu braku komentarzy, a tym samym motywacji do pisania i udostępniania moich wypocin. Przyznam szczerze, że strasznie mnie irytuje, kiesy wyświetlenia codziennie wskakują, a komentarzy jak nie było tak nie ma. Wobec tego zawieszam bloga do października i proszę Was czytelników o jakiś kontakt do siebie bo nie jestem pewna czy czasem nie zrobię dostępu do bloga tylko dla wybranych, albo po prostu, żeby poinformować, że będę kontunować udostępnianie historii o Raven & Brianie oraz o Raven & Byronie. Chyba wykorzystałam już wszelkie możliwe sposoby, aby zachęcić was do komentowania i czytania mojej historii. Jestem otwarta na sugestie jak mogę ,,rozsławić'' bloga, żeby było więcej czytelników oraz komentarzy, abym mogła udostępniać Wam te historię. A tym czasem na razie dziękuje Pegaz za aktywne komentowanie i motywowanie mnie do pisania.
I to by było na tyle.
piątek, 17 lipca 2015
23.
- Do widzenia, Panie Dubrinsky.- Po zjedzonej wspólnie kolacji, rodzice Briana wracają do Palermo. Kiedy zginął Rafe, spędzanie czasu w domu sprawiało mi ból, więc doskonale rozumiem, że spędzanie czasu w domu rodzinnym, nie jest dla nich zbyt przyjemne. Szczególnie dla Alessandry, która wydaje się być szczególnie związana z synami. Co nie znaczy, że Aidan cierpi mniej po stracie syna.
-Nalegam, abyś mówiła mi Aidan.- Tata Briana posyła mi ten sam czarujący uśmiech co jego syn.
-Dobrze. W takim razie do widzenia, Aidanie.- Odpowiadam uśmiechem. Dzięki Brianowi, podczas ostatnich kilku miesięcy uśmiecham się częściej niż w ciągu 2 lat od śmierci Rafe i Byrona. Sfałszowanej śmierci.- poprawiam się w myślach. Wciąż muszę wszystko przemyśleć i poukładać. Co będzie dalej?
Podczas, gdy Aidan ściska syna, żegnam się z Alessandrą.
-Miło było Cię poznać, Raven.- Mama Briana ściska mnie przyjaźnie.
-Mi również.- Odpowiadam. Przytulam się do boku Briana i patrzę wraz z nim jak jego rodzice odjeżdżają. Kiedy samochód znika w oddali unoszę głowę i patrzę na Briana.
-Nie było tak źle, co?- Brian wybucha śmiechem. Szybkim ruchem przerzuca mnie przez ramię i skacze do basenu.
- Działacie zgodnie z planem, rozumiemy się? Jeśli któryś postanowi działać na własną rękę to przysięgam, że oberwie.- Z mikrofalówki rozlega się chóralne tak.
- Dobra. Juzo?
-Jest.
-Sawyer, Javier i Thomas?
-Gotowi.
- Byron?
- Zwarty i gotowy.
-Rafe?- Cisza.
-Rafe?- Powtarzam. Co za dupek mogłem wziąć Lillian.
- Gdzie jest u diabła, Collins? Czy ten kutas zawsze musi się spóźniać?
- Całuj mnie w tyłek, Zeke.- Rafe wreszcie raczy się odmeldować.
-Brawo, Collins. Tym razem tylko prawie się nie spóźniłeś. Zaczynajmy.
Muszę przemówić do rozsądku temu dupkowi. Wiem, że jest mu teraz trudno, ale musi wziąć się w garść. Tak jak to zrobił Byron. Przysięgam ten chłopak zawsze spada na cztery łapy. Zawsze znajdzie wyjście z nawet najgorszej sytuacji. Gdybym wiedział, że chwila samotności, pomoże Rafe, dał bym mu ją. Nawet bym dopilnował by miał spokój, aż wszystko sobie poukłada w głowie, ale nie. Ten dupek nie może mieć wolnego, bo zaczyna wygrzebywać to całe emocjonalne gówno, które ukrył głęboko w sobie 2 lata temu. A to się kończy, tak jak zwykle. Niech ten szmaciarz Gimenez, który pozbawił mnie nogi, zginął w męczarniach.
-Zeke? Zadanie wykonane.
-To dobrze. Spalcie to gówno.
2 dni później...
- Od dawna nie byłam tak zrelaksowana.- Wyznaje. Jestem w trakcie pakowania naszych walizek, ponieważ jak się dowiedziałam ostatnim razem Brian się do tego nie nadaje.
- Przyjemnie jest czasem pobyć z dala od tego całego szumu medialnego co?
-Yhym.- Brian siada obok mnie i obejmuję mnie ramieniem.- Wrócimy tu. Obiecuje.- Brian cmoka mnie w policzek.- A teraz ruszaj tą seksowną dupkę bo za 3 godziny mamy samolot.
*
-Brian? Gdzie my jesteśmy?- Pytam rozglądając się po zupełnie nieznajomym lotnisku. Patrzę mojego chłopaka, który wygląda na bardziej niż zadowolonego z siebie. - W Los Angeles.
-W Los Angeles?-Powtarzam. Zawsze chciałam tu przyjechać, ale to nie zmienia faktu, że się zastanawiam, co my do cholery robimy w Los Angeles?
-Tak. Przecież zawsze chciałaś tu przyjechać.
-Ale...- Zaczynam.
-Przestań, Raven. To jest po prostu mój kolejny prezent dla Ciebie.- O Boże. Nie mogę uwierzyć, że zrobił to wszystko dla mnie. Wycieczka do Włoch, do jego rodzinnego domu, żebym mogła ogarnąć całą tą sytuacje z porwaniem, nie udaną próbą mojego zabójstwa, poznanie prawdy że Rafe i Byron żyją, a teraz jeszcze to? Rzucam mój podręczny bagaż na ziemie i z piskiem rzucam się Brianowi na szyję.
-Dziękuje. Jesteś słodki.- Brian trzyma mnie mocno.
-No nie! I właśnie wszystko popsułaś!- Chichoczę w jego szyję. - Nie możesz mi mówić, że jestem słodki. Przystojny, silny, męski owszem, ale nie słodki.- Brian stawia mnie na ziemi.- Słodka może być mała dziewczynka z dwoma warkoczykami i lizakiem w ręku.- Całuję go mocno, przerywając jego wykład na temat co może być słodkie.
Brian
Chowam nasze bagaże do samochodu podstawionego przez Zeke'a. Byron i Rafe nie wiedzą o przyjeździe Raven do Los Angeles. Chciałem zrobić całej trójce niespodziankę. Mimo decyzji Raven, miałem nadzieje, że dojdą do porozumienia. Mimo wszystko Rafe jest jej bratem, a Byron... Byron jest kimś ważnym w jej życiu i zrobię wszystko by była szczęśliwa.
-Mam nadzieje, że nie zapomniałeś zarezerwować hotelu.- Pyta podekscytowana Raven.
-Po co miałbym to robić? Po wyjeździe z Włoch, musiałem gdzieś zamieszkać. Wybrałem Los Angeles i kupiłem mały dom na obrzeżach miasta. Tam właśnie jedziemy.
Raven posyła mi promienny uśmiech. Obejmuje moje przed ramie i przytula się policzkiem do mojego ramienia. -Dziękuje! Dziękuje! Dziękuje! Jesteś wspaniały!- Cmoka mnie w policzek i podekscytowana zapina pas.
-Gotowa?
Raven kiwa gorliwie.
-Więc jedźmy.
30 min później...
Raven wręcz podskakuje z radości na fotelu, kiedy dojeżdżamy na miejsce. Chłonie jak gąbka widok domu i zadbanego ogrodu. Wysiadam z samochodu i biorę głęboki wdech. Dobrze jest być w domu. Podchodzę do Raven i obejmuje ją ramieniem. Wyjmuje z kieszeni pęk kluczy i po znalezieniu właściwego, otwieram drzwi. Jak na gentelmana przystało, przepuszczam Raven w drzwiach by mogła się spokojnie rozejrzeć. Stoję przez chwilę na ganku, aż z ociąganiem wchodzę do opuszczonego od 6 miesięcy domu. Prawie natychmiast do mojego nosa dociera specyficzny zapach dymu papierosowego. Cholera!
Dom Briana jest śliczny, taki nowoczesny, taki idealny. Brian przepuszcza mnie mnie w drzwiach bym mogła pozwiedzać. Boże jest idealny. Nie mogłam dostać od losu lepszego chłopaka. Wchodzę do pierwszego pomieszczenia jakim jest przestronna, nowoczesna kuchnia połączona z jadalnią. Każdy maleńki szczegół krzyczy że dom należy do mężczyzny. Moją uwagę zwraca woń dymu papierosowego. Czyżby Brian palił? Idę szybkim krokiem za drażniącym zapachem. Nie pamiętam, żeby Brian, kiedykolwiek palił przy mnie. Może po ostatnich stresujących wydarzeniach zaczął, a ja zaślepiona sobą niczego nie zauważyłam. Nie, nie mogłabym czegoś takiego przegapić... Zatrzymuje się nagle patrząc na obcego czarnowłosego chłopaka stojącego tyłem do mnie. Chłopak ubrany jest w czarną skórzaną kurtkę i czarne jeansy. Czy może on być włamywaczem? Nabieram powietrza, żeby zawołać Briana, kiedy chłopak stojący przy oknie, odwraca się. W jednej z dłoni, którą trzyma przy ustach ma papierosa, a w drugiej wściekle różową konewkę. Zamieram z rękoma przy ustach. Rafe. Mój brat. Raphael również zamiera, papieros wypada mu z dłoni. Łzy zbierają się pod powiekami.
-Raven?
-Raphael!- W tej chwili nic się nie liczy. Nie liczy się sfałszowana śmierć mojego bliźniaka, uraza do niego, decyzja o niekontaktowaniu się z Rafe podjęta zaledwie kilka dni temu. Biegnę ku niemu, w błyskawicznym tempie pokonując dzielące nas metry. Rafe wypuszcza konewkę i łapie mnie w objęcia.
_______________________________________________________________________
Już myślałam, że się nie wyrobię, a tu proszę niespodzianka! Skończyłam przed obiecanym terminem. W tym rozdziale jest trochę słodyczy, romantyczny Brian i jego suprajs, Raven i Rafe i ich niespodziewane spotkanie. Przy ostatnich postach, była praktycznie znikoma liczba komentarzy, więc, aby was zachęcić do komentowania dodam do nowej zakładki pod tytułem If I Stay, Prolog i 1 Rozdział historii o Raven i Byronie. Oczywiście tam też proszę o wasze komentarze i opinie. Następny pojawi się mniej więcej za równy miesiąc choć oczywiście mogę mieć kilkudniowe opóźnienie lub dodam go wcześniej. Do następnego! ( Mam nadzieję)
-Nalegam, abyś mówiła mi Aidan.- Tata Briana posyła mi ten sam czarujący uśmiech co jego syn.
-Dobrze. W takim razie do widzenia, Aidanie.- Odpowiadam uśmiechem. Dzięki Brianowi, podczas ostatnich kilku miesięcy uśmiecham się częściej niż w ciągu 2 lat od śmierci Rafe i Byrona. Sfałszowanej śmierci.- poprawiam się w myślach. Wciąż muszę wszystko przemyśleć i poukładać. Co będzie dalej?
Podczas, gdy Aidan ściska syna, żegnam się z Alessandrą.
-Miło było Cię poznać, Raven.- Mama Briana ściska mnie przyjaźnie.
-Mi również.- Odpowiadam. Przytulam się do boku Briana i patrzę wraz z nim jak jego rodzice odjeżdżają. Kiedy samochód znika w oddali unoszę głowę i patrzę na Briana.
-Nie było tak źle, co?- Brian wybucha śmiechem. Szybkim ruchem przerzuca mnie przez ramię i skacze do basenu.
Zeke
- Działacie zgodnie z planem, rozumiemy się? Jeśli któryś postanowi działać na własną rękę to przysięgam, że oberwie.- Z mikrofalówki rozlega się chóralne tak.
- Dobra. Juzo?
-Jest.
-Sawyer, Javier i Thomas?
-Gotowi.
- Byron?
- Zwarty i gotowy.
-Rafe?- Cisza.
-Rafe?- Powtarzam. Co za dupek mogłem wziąć Lillian.
- Gdzie jest u diabła, Collins? Czy ten kutas zawsze musi się spóźniać?
- Całuj mnie w tyłek, Zeke.- Rafe wreszcie raczy się odmeldować.
-Brawo, Collins. Tym razem tylko prawie się nie spóźniłeś. Zaczynajmy.
Muszę przemówić do rozsądku temu dupkowi. Wiem, że jest mu teraz trudno, ale musi wziąć się w garść. Tak jak to zrobił Byron. Przysięgam ten chłopak zawsze spada na cztery łapy. Zawsze znajdzie wyjście z nawet najgorszej sytuacji. Gdybym wiedział, że chwila samotności, pomoże Rafe, dał bym mu ją. Nawet bym dopilnował by miał spokój, aż wszystko sobie poukłada w głowie, ale nie. Ten dupek nie może mieć wolnego, bo zaczyna wygrzebywać to całe emocjonalne gówno, które ukrył głęboko w sobie 2 lata temu. A to się kończy, tak jak zwykle. Niech ten szmaciarz Gimenez, który pozbawił mnie nogi, zginął w męczarniach.
-Zeke? Zadanie wykonane.
-To dobrze. Spalcie to gówno.
Raven
2 dni później...
- Od dawna nie byłam tak zrelaksowana.- Wyznaje. Jestem w trakcie pakowania naszych walizek, ponieważ jak się dowiedziałam ostatnim razem Brian się do tego nie nadaje.
- Przyjemnie jest czasem pobyć z dala od tego całego szumu medialnego co?
-Yhym.- Brian siada obok mnie i obejmuję mnie ramieniem.- Wrócimy tu. Obiecuje.- Brian cmoka mnie w policzek.- A teraz ruszaj tą seksowną dupkę bo za 3 godziny mamy samolot.
*
-Brian? Gdzie my jesteśmy?- Pytam rozglądając się po zupełnie nieznajomym lotnisku. Patrzę mojego chłopaka, który wygląda na bardziej niż zadowolonego z siebie. - W Los Angeles.
-W Los Angeles?-Powtarzam. Zawsze chciałam tu przyjechać, ale to nie zmienia faktu, że się zastanawiam, co my do cholery robimy w Los Angeles?
-Tak. Przecież zawsze chciałaś tu przyjechać.
-Ale...- Zaczynam.
-Przestań, Raven. To jest po prostu mój kolejny prezent dla Ciebie.- O Boże. Nie mogę uwierzyć, że zrobił to wszystko dla mnie. Wycieczka do Włoch, do jego rodzinnego domu, żebym mogła ogarnąć całą tą sytuacje z porwaniem, nie udaną próbą mojego zabójstwa, poznanie prawdy że Rafe i Byron żyją, a teraz jeszcze to? Rzucam mój podręczny bagaż na ziemie i z piskiem rzucam się Brianowi na szyję.
-Dziękuje. Jesteś słodki.- Brian trzyma mnie mocno.
-No nie! I właśnie wszystko popsułaś!- Chichoczę w jego szyję. - Nie możesz mi mówić, że jestem słodki. Przystojny, silny, męski owszem, ale nie słodki.- Brian stawia mnie na ziemi.- Słodka może być mała dziewczynka z dwoma warkoczykami i lizakiem w ręku.- Całuję go mocno, przerywając jego wykład na temat co może być słodkie.
Brian
Chowam nasze bagaże do samochodu podstawionego przez Zeke'a. Byron i Rafe nie wiedzą o przyjeździe Raven do Los Angeles. Chciałem zrobić całej trójce niespodziankę. Mimo decyzji Raven, miałem nadzieje, że dojdą do porozumienia. Mimo wszystko Rafe jest jej bratem, a Byron... Byron jest kimś ważnym w jej życiu i zrobię wszystko by była szczęśliwa.
-Mam nadzieje, że nie zapomniałeś zarezerwować hotelu.- Pyta podekscytowana Raven.
-Po co miałbym to robić? Po wyjeździe z Włoch, musiałem gdzieś zamieszkać. Wybrałem Los Angeles i kupiłem mały dom na obrzeżach miasta. Tam właśnie jedziemy.
Raven posyła mi promienny uśmiech. Obejmuje moje przed ramie i przytula się policzkiem do mojego ramienia. -Dziękuje! Dziękuje! Dziękuje! Jesteś wspaniały!- Cmoka mnie w policzek i podekscytowana zapina pas.
-Gotowa?
Raven kiwa gorliwie.
-Więc jedźmy.
30 min później...
Raven wręcz podskakuje z radości na fotelu, kiedy dojeżdżamy na miejsce. Chłonie jak gąbka widok domu i zadbanego ogrodu. Wysiadam z samochodu i biorę głęboki wdech. Dobrze jest być w domu. Podchodzę do Raven i obejmuje ją ramieniem. Wyjmuje z kieszeni pęk kluczy i po znalezieniu właściwego, otwieram drzwi. Jak na gentelmana przystało, przepuszczam Raven w drzwiach by mogła się spokojnie rozejrzeć. Stoję przez chwilę na ganku, aż z ociąganiem wchodzę do opuszczonego od 6 miesięcy domu. Prawie natychmiast do mojego nosa dociera specyficzny zapach dymu papierosowego. Cholera!
Raven
Dom Briana jest śliczny, taki nowoczesny, taki idealny. Brian przepuszcza mnie mnie w drzwiach bym mogła pozwiedzać. Boże jest idealny. Nie mogłam dostać od losu lepszego chłopaka. Wchodzę do pierwszego pomieszczenia jakim jest przestronna, nowoczesna kuchnia połączona z jadalnią. Każdy maleńki szczegół krzyczy że dom należy do mężczyzny. Moją uwagę zwraca woń dymu papierosowego. Czyżby Brian palił? Idę szybkim krokiem za drażniącym zapachem. Nie pamiętam, żeby Brian, kiedykolwiek palił przy mnie. Może po ostatnich stresujących wydarzeniach zaczął, a ja zaślepiona sobą niczego nie zauważyłam. Nie, nie mogłabym czegoś takiego przegapić... Zatrzymuje się nagle patrząc na obcego czarnowłosego chłopaka stojącego tyłem do mnie. Chłopak ubrany jest w czarną skórzaną kurtkę i czarne jeansy. Czy może on być włamywaczem? Nabieram powietrza, żeby zawołać Briana, kiedy chłopak stojący przy oknie, odwraca się. W jednej z dłoni, którą trzyma przy ustach ma papierosa, a w drugiej wściekle różową konewkę. Zamieram z rękoma przy ustach. Rafe. Mój brat. Raphael również zamiera, papieros wypada mu z dłoni. Łzy zbierają się pod powiekami.
-Raven?
-Raphael!- W tej chwili nic się nie liczy. Nie liczy się sfałszowana śmierć mojego bliźniaka, uraza do niego, decyzja o niekontaktowaniu się z Rafe podjęta zaledwie kilka dni temu. Biegnę ku niemu, w błyskawicznym tempie pokonując dzielące nas metry. Rafe wypuszcza konewkę i łapie mnie w objęcia.
_______________________________________________________________________
Już myślałam, że się nie wyrobię, a tu proszę niespodzianka! Skończyłam przed obiecanym terminem. W tym rozdziale jest trochę słodyczy, romantyczny Brian i jego suprajs, Raven i Rafe i ich niespodziewane spotkanie. Przy ostatnich postach, była praktycznie znikoma liczba komentarzy, więc, aby was zachęcić do komentowania dodam do nowej zakładki pod tytułem If I Stay, Prolog i 1 Rozdział historii o Raven i Byronie. Oczywiście tam też proszę o wasze komentarze i opinie. Następny pojawi się mniej więcej za równy miesiąc choć oczywiście mogę mieć kilkudniowe opóźnienie lub dodam go wcześniej. Do następnego! ( Mam nadzieję)
poniedziałek, 22 czerwca 2015
22.
-Nie, Raven! Nie zgadzam się!
-Ale mamooo!
-Nie.- Oznajmia stanowczo. - Mamo to tylko Ravenna, nie koniec świata!
Mama postanowiła zmienić taktykę i mnie ignorować.
-Jestem już pełnoletnia, mamo. -Mama przewraca oczami.
-I co? Pojedziesz z nim do Ravenny, i co? Znowu się pokłócicie i będziesz wracać do domu? Od Ravenny dzieli nas tysiące kilometrów.
-Nie pokłócimy się. Muszę przemyśleć parę spraw...
-Jakbyś nie mogła tu tego zrobić. Pomyślałaś o nauce? Rok szkolny jeszcze się nie skończył.
-Mamo. Pomyśl o tym, jak o trochę dłuższych wakacjach. Jestem już pełnoletnia i sama mogę podejmować decyzję. Bez względu co teraz powiesz, ja i tak tam pojadę. Z waszą zgodą lub bez.- Mówiąc to wychodzę z gabinetu, próbując przy tym nie trzaskać drzwiami. Podjęłam już decyzję. Jutro rano razem z Brianem wyjeżdżam do Ravenny. Wyciągam komórkę z kieszeni i wybieram numer Briana.
-Brian? Pakuj się. Jedziemy do Ravenny.
-Nie wiem, czy to był dobry pomysł.- Siedzę na podłodze oparty o białą kanapę, wokół nas unosi się szary dym. W mojej głowie szumi przyjemnie od oparów i alkoholu.
-Ciiiiii.- Laura przykłada palec do ust.- Jest zajebiście!- Wykrzykuje z entuzjazmem. Boże, jak ja kocham te dziewczynę. Przenoszę moje spojrzenie na rozwalonego na dywanie Byrona.
-BJ?
-Ona ma racje, bro. Dlaczego nie robimy tego częściej? Cały pieprzony ból zniknął, a ja czuje się świetnie.- Byron zaczyna nucić piosenkę jakiegoś heavy metalowego zespołu. Mimo iż dzielą nas dwa metry, nie dało by się nie dostrzec jego maślanego wzroku.
-Ej! A co z Juzo i resztą?!- Laura wrzeszczy przesadnie. Z skrzywioną twarzą osłaniam ucho i łapie dziewczynę za kostkę, która jest najbliżej mnie. Laura posyła mi uśmiech i wygląda za naszymi towarzyszami. Zauważam Sawyera gapiącego się na ścianę w holu i nogi Juzo wystające zza kanapy. Biorę głęboki wdech. Jezu... Mieli rację. Czuje się... lekki jak... piórko. Tak, lekki jak piórko. Czuje jakbym miał się zaraz unieść w powietrze i odlecieć do krainy marzeń.
-Rafe? Co ty pieprzysz? Jaka, kurwa, kraina marzeń?- Zeke patrzy na naszą grupkę z niedowierzaniem. Posyłam mu mój najlepszy uśmiech i klepie dywan obok mnie. Zeke patrzy na mnie z dziwną miną i otwiera okna. Spod przymrużonych oczu widzę jak podchodzi do Juzo.
-Juzo? Wstawaj, księżniczko. Czas wracać z krainy marzeń i jednorożców.- Słyszę jak klepie go po twarzy. Po kilku jęknięciach zostawia go leżącego na podłodze i sam siada na kanapie.
- Banda popaprańców. Co wy w ogóle wyprawiacie?- Przeciera twarz rękoma.
-Wiecie co?- Mruczy Laura.- Poznałam, kiedyś takiego jednego kolesia na którego mówili Apoll. I wiecie co? Dopiero po kilku miesiącach dowiedziałam się, że Apoll to jego ksywka i tak naprawdę ma na imie Abdullah.- Laura chichoczę, a ja razem z nią, chociaż nie mam pieprzonego pojęcia dlaczego. - Może jest założycielem Apple?- Wybuchamy śmiechem. Apoll założycielem Apple. Kto by pomyślał?
*
-Jesteście żałośni!- Jezu... niech on tak nie wrzeszczy. Litości.- Zamiast być w stanie gotowości, gdybyśmy dostali wiadomość od Briana, że coś się dzieje, to nie! Postanowiliście... Najaraliście się, bo co? Bo tęsknicie za Raven? Bo ból stał się nieznośny? Bo nie potraficie sobie poradzić od czasu, kiedy Raven zobaczyła was żywych? Od kiedy was odrzuciła? Od kiedy wzgardziła wami? Zrobił bym to samo.- Mam tego dość. Jak on może tak mówić! Rzucam się na Zeke'a. Upadamy na podłogę. Przetaczamy się po dywanie wymieniając ciosy. Uderzam go w żebra, on mnie w brzuch, uderzam go w szczękę, on szybkim ruchem zaciska uchwyt na mojej szyi odcinając mi dopływ powietrza. Staram się walczyć, wydostać z uścisku, mimo iż wiem, że jestem bez szans. Jestem osłabiony po wczorajszej imprezie. Męczy mnie kac i ból głowy. Taka tam impreza w pigułce. Zeke puszcza mnie, a ja nabieram powietrza w płuca. Brunet wstaje kopiąc mnie, niezbyt delikatnie, swoją sztuczną nogą, burcząc pod nosem: - Kutas.- To nie jest jakiś badziewny plastik, Zrobiona jest cała z metalu i przypomina trochę nogę Terminatora. Zeke ociera krew z pękniętej wargi. Patrzy w dół na zakrwawione palce, a po chwili wzrusza ramionami i wychodząc, wyciera dłoń o swoją czarną koszulkę.
Promienie popołudniowego słońca padają na kremowe ciało Raven, okryte jedynie dwuczęściowym kostiumem. Jest tak bardzo piękna. Chcę ją chronić, przed wszystkim, co złe. Chce, żeby była bezpieczna, ale zagroziłem temu bezpieczeństwu w chwili, gdy wkroczyłem do jej życia.
-Gapisz się na mnie.- Oznajmia Raven, nie otwierając oczu. - Nie gapię tylko podziwiam widoki.- Staram się zamaskować moje zaskoczenie i jednocześnie rozbawić ją. Chce żeby się rozluźniła, odpoczęła podczas naszego pobytu tutaj.
- Widoki mówisz?- Zsuwa czarne okulary przeciwsłoneczne na czubek nosa. Boże, jak ja ją kocham. Dzięki niej wszystko jest lepsze. Świat jest lepszy, piękniejszy.
-Yhym.- Potwierdzam. Patrzę jak Raven wstaje ze swojego leżaka i rzuca na niego swoje okulary. Podchodzi do mnie, stawiając drobne kroki, zmysłowo kręcąc przy tym biodrami. Płynnym ruchem siada mi na nogach, jej ręce obejmują mnie za szyję. Powoli pochyla się i całuje mnie namiętnie. Moje ręce automatycznie wędrują na jej plecy.
Przyciskam ją do siebie mocno. Jej piersi ocierają się o moją klatkę piersiową, powodując, że potwór ukryty w moich bokserkach budzi się do życia.
-Che diavolo?- Co do diabła? Głos za moimi plecami sprawia, że Raven zeskakuje ze mnie zaskoczona.
Włączcie Impossible - Jamesa Arthura do notki z perspektywy Byrona.
Stoję na krawędzi dachu. Wokół panuje mrok, silny wiatr rozwiewa kosmyki moich włosów. Spoglądam w dół na żyjących swoim życiem nieznajomych. Są nieświadomi otaczającego ich zła i szczęśliwi. Szczęście. Przez dwa lata zdążyłem zapomnieć jakie to uczucie, być szczęśliwym. To pojęcie stało mi się obce od kiedy nie ma przy moim boku Raven. Przy niej byłem spełniony, nie brakowało mi niczego. To ona nauczyła mnie cieszyć się z drobnostek, patrzeć inaczej na świat. Cieszyć się z rzeczy, które uważamy za codzienność. I za to ją kocham. Mimo upływającego czasu wciąż ją kocham. Tamtego dnia, kiedy zobaczyłem ją po dwóch latach bólu i samotności, strach i odraza w jej oczach, złamała mi serce po raz drugi. Aż do teraz nie wiedziałem, że jedna osoba może tyle razy złamać mi serce. Jak taka wielka siła może się kryć w tak drobnym ciele? Już dwa lata temu byłem znacznie wyższy od Raven, a teraz? Moje ciało jest silniejsze, mięśnie silnie wyrzeźbione. Najmniejszym ruchem mógłbym ją skrzywdzić. To by mnie zniszczyło. Inni mogą myśleć, że miłość do niej mnie osłabia, czyni mnie podatnym. Ale prawda jest taka, że to miłość do niej daje mi siłę by walczyć o przetrwanie, o życie, o nas. O mnie i o Raven. Bo bez niej jestem niczym. Jestem niczym nie wartym mordercą. Zrobię wszystko by była bezpieczna. Zabiję wszystko i wszystkich. Jeśli będę musiał zabiję naszą przyszłość dla niej. Dla Raven. Spoglądam po raz ostatni na ulicę i skaczę z dachu wykonując podwójne salto w powietrzu.
-Che diavolo?-Kieruję swoje spojrzenie na kobietę stojącą w ogrodzie. Przerażona zeskakuje z Briana. Próbuje przypomnieć sobie jakieś włoskie słowa w których mogłabym wyjaśnić kim jestem i co tu robię. Bez skutku. Brian podnosi się płynnym ruchem z leżaka i staje za mną, obejmując mnie ramionami od tyłu. Dopiero wtedy zauważam mężczyznę stojącego tuż za kobietą. Po jego uderzającym podobieństwie do Briana, domyślam się, że to jego rodzice. Przecież miało ich tu nie być! Nie jestem gotowa na poznanie jego rodziców!
-Mamma, papa, questo e Raven. La mia ragazza. Lei non parla italiano, quindi per favore siamo andati oltre a inglese.- Z całej jego wypowiedzi zrozumiałam tylko że ona nie mówi po włosku, z czego domyślam się, że chodzi o mnie. Czuje się nieswojo.
- Oczywiście.- Tata Briana wysuwa się zza żony i podchodzi do mnie. Łapie za moją dłoń i składa na niej delikatny pocałunek.
-Proszę, mów mi Aidan.
-Raven.- Wyduszam. Między Brianem, a jego tatą jest uderzające podobieństwo. Już teraz mogłabym wymienić kilka ich wspólnych cech. Mama Briana potrząsa głową i podchodzi do mnie, szybkim krokiem. Wygląda jakby obudziła się z jakiegoś snu. Wyciąga rękę w moją stronę.
-Alessandra.
-Raven.
-Ale mamooo!
-Nie.- Oznajmia stanowczo. - Mamo to tylko Ravenna, nie koniec świata!
Mama postanowiła zmienić taktykę i mnie ignorować.
-Jestem już pełnoletnia, mamo. -Mama przewraca oczami.
-I co? Pojedziesz z nim do Ravenny, i co? Znowu się pokłócicie i będziesz wracać do domu? Od Ravenny dzieli nas tysiące kilometrów.
-Nie pokłócimy się. Muszę przemyśleć parę spraw...
-Jakbyś nie mogła tu tego zrobić. Pomyślałaś o nauce? Rok szkolny jeszcze się nie skończył.
-Mamo. Pomyśl o tym, jak o trochę dłuższych wakacjach. Jestem już pełnoletnia i sama mogę podejmować decyzję. Bez względu co teraz powiesz, ja i tak tam pojadę. Z waszą zgodą lub bez.- Mówiąc to wychodzę z gabinetu, próbując przy tym nie trzaskać drzwiami. Podjęłam już decyzję. Jutro rano razem z Brianem wyjeżdżam do Ravenny. Wyciągam komórkę z kieszeni i wybieram numer Briana.
-Brian? Pakuj się. Jedziemy do Ravenny.
Rafael
-Nie wiem, czy to był dobry pomysł.- Siedzę na podłodze oparty o białą kanapę, wokół nas unosi się szary dym. W mojej głowie szumi przyjemnie od oparów i alkoholu.
-Ciiiiii.- Laura przykłada palec do ust.- Jest zajebiście!- Wykrzykuje z entuzjazmem. Boże, jak ja kocham te dziewczynę. Przenoszę moje spojrzenie na rozwalonego na dywanie Byrona.
-BJ?
-Ona ma racje, bro. Dlaczego nie robimy tego częściej? Cały pieprzony ból zniknął, a ja czuje się świetnie.- Byron zaczyna nucić piosenkę jakiegoś heavy metalowego zespołu. Mimo iż dzielą nas dwa metry, nie dało by się nie dostrzec jego maślanego wzroku.
-Ej! A co z Juzo i resztą?!- Laura wrzeszczy przesadnie. Z skrzywioną twarzą osłaniam ucho i łapie dziewczynę za kostkę, która jest najbliżej mnie. Laura posyła mi uśmiech i wygląda za naszymi towarzyszami. Zauważam Sawyera gapiącego się na ścianę w holu i nogi Juzo wystające zza kanapy. Biorę głęboki wdech. Jezu... Mieli rację. Czuje się... lekki jak... piórko. Tak, lekki jak piórko. Czuje jakbym miał się zaraz unieść w powietrze i odlecieć do krainy marzeń.
-Rafe? Co ty pieprzysz? Jaka, kurwa, kraina marzeń?- Zeke patrzy na naszą grupkę z niedowierzaniem. Posyłam mu mój najlepszy uśmiech i klepie dywan obok mnie. Zeke patrzy na mnie z dziwną miną i otwiera okna. Spod przymrużonych oczu widzę jak podchodzi do Juzo.
-Juzo? Wstawaj, księżniczko. Czas wracać z krainy marzeń i jednorożców.- Słyszę jak klepie go po twarzy. Po kilku jęknięciach zostawia go leżącego na podłodze i sam siada na kanapie.
- Banda popaprańców. Co wy w ogóle wyprawiacie?- Przeciera twarz rękoma.
-Wiecie co?- Mruczy Laura.- Poznałam, kiedyś takiego jednego kolesia na którego mówili Apoll. I wiecie co? Dopiero po kilku miesiącach dowiedziałam się, że Apoll to jego ksywka i tak naprawdę ma na imie Abdullah.- Laura chichoczę, a ja razem z nią, chociaż nie mam pieprzonego pojęcia dlaczego. - Może jest założycielem Apple?- Wybuchamy śmiechem. Apoll założycielem Apple. Kto by pomyślał?
*
-Jesteście żałośni!- Jezu... niech on tak nie wrzeszczy. Litości.- Zamiast być w stanie gotowości, gdybyśmy dostali wiadomość od Briana, że coś się dzieje, to nie! Postanowiliście... Najaraliście się, bo co? Bo tęsknicie za Raven? Bo ból stał się nieznośny? Bo nie potraficie sobie poradzić od czasu, kiedy Raven zobaczyła was żywych? Od kiedy was odrzuciła? Od kiedy wzgardziła wami? Zrobił bym to samo.- Mam tego dość. Jak on może tak mówić! Rzucam się na Zeke'a. Upadamy na podłogę. Przetaczamy się po dywanie wymieniając ciosy. Uderzam go w żebra, on mnie w brzuch, uderzam go w szczękę, on szybkim ruchem zaciska uchwyt na mojej szyi odcinając mi dopływ powietrza. Staram się walczyć, wydostać z uścisku, mimo iż wiem, że jestem bez szans. Jestem osłabiony po wczorajszej imprezie. Męczy mnie kac i ból głowy. Taka tam impreza w pigułce. Zeke puszcza mnie, a ja nabieram powietrza w płuca. Brunet wstaje kopiąc mnie, niezbyt delikatnie, swoją sztuczną nogą, burcząc pod nosem: - Kutas.- To nie jest jakiś badziewny plastik, Zrobiona jest cała z metalu i przypomina trochę nogę Terminatora. Zeke ociera krew z pękniętej wargi. Patrzy w dół na zakrwawione palce, a po chwili wzrusza ramionami i wychodząc, wyciera dłoń o swoją czarną koszulkę.
Brian
Promienie popołudniowego słońca padają na kremowe ciało Raven, okryte jedynie dwuczęściowym kostiumem. Jest tak bardzo piękna. Chcę ją chronić, przed wszystkim, co złe. Chce, żeby była bezpieczna, ale zagroziłem temu bezpieczeństwu w chwili, gdy wkroczyłem do jej życia.
-Gapisz się na mnie.- Oznajmia Raven, nie otwierając oczu. - Nie gapię tylko podziwiam widoki.- Staram się zamaskować moje zaskoczenie i jednocześnie rozbawić ją. Chce żeby się rozluźniła, odpoczęła podczas naszego pobytu tutaj.
- Widoki mówisz?- Zsuwa czarne okulary przeciwsłoneczne na czubek nosa. Boże, jak ja ją kocham. Dzięki niej wszystko jest lepsze. Świat jest lepszy, piękniejszy.
-Yhym.- Potwierdzam. Patrzę jak Raven wstaje ze swojego leżaka i rzuca na niego swoje okulary. Podchodzi do mnie, stawiając drobne kroki, zmysłowo kręcąc przy tym biodrami. Płynnym ruchem siada mi na nogach, jej ręce obejmują mnie za szyję. Powoli pochyla się i całuje mnie namiętnie. Moje ręce automatycznie wędrują na jej plecy.
Przyciskam ją do siebie mocno. Jej piersi ocierają się o moją klatkę piersiową, powodując, że potwór ukryty w moich bokserkach budzi się do życia.
-Che diavolo?- Co do diabła? Głos za moimi plecami sprawia, że Raven zeskakuje ze mnie zaskoczona.
Włączcie Impossible - Jamesa Arthura do notki z perspektywy Byrona.
Byron
Stoję na krawędzi dachu. Wokół panuje mrok, silny wiatr rozwiewa kosmyki moich włosów. Spoglądam w dół na żyjących swoim życiem nieznajomych. Są nieświadomi otaczającego ich zła i szczęśliwi. Szczęście. Przez dwa lata zdążyłem zapomnieć jakie to uczucie, być szczęśliwym. To pojęcie stało mi się obce od kiedy nie ma przy moim boku Raven. Przy niej byłem spełniony, nie brakowało mi niczego. To ona nauczyła mnie cieszyć się z drobnostek, patrzeć inaczej na świat. Cieszyć się z rzeczy, które uważamy za codzienność. I za to ją kocham. Mimo upływającego czasu wciąż ją kocham. Tamtego dnia, kiedy zobaczyłem ją po dwóch latach bólu i samotności, strach i odraza w jej oczach, złamała mi serce po raz drugi. Aż do teraz nie wiedziałem, że jedna osoba może tyle razy złamać mi serce. Jak taka wielka siła może się kryć w tak drobnym ciele? Już dwa lata temu byłem znacznie wyższy od Raven, a teraz? Moje ciało jest silniejsze, mięśnie silnie wyrzeźbione. Najmniejszym ruchem mógłbym ją skrzywdzić. To by mnie zniszczyło. Inni mogą myśleć, że miłość do niej mnie osłabia, czyni mnie podatnym. Ale prawda jest taka, że to miłość do niej daje mi siłę by walczyć o przetrwanie, o życie, o nas. O mnie i o Raven. Bo bez niej jestem niczym. Jestem niczym nie wartym mordercą. Zrobię wszystko by była bezpieczna. Zabiję wszystko i wszystkich. Jeśli będę musiał zabiję naszą przyszłość dla niej. Dla Raven. Spoglądam po raz ostatni na ulicę i skaczę z dachu wykonując podwójne salto w powietrzu.
Raven
-Mamma, papa, questo e Raven. La mia ragazza. Lei non parla italiano, quindi per favore siamo andati oltre a inglese.- Z całej jego wypowiedzi zrozumiałam tylko że ona nie mówi po włosku, z czego domyślam się, że chodzi o mnie. Czuje się nieswojo.
- Oczywiście.- Tata Briana wysuwa się zza żony i podchodzi do mnie. Łapie za moją dłoń i składa na niej delikatny pocałunek.
-Proszę, mów mi Aidan.
-Raven.- Wyduszam. Między Brianem, a jego tatą jest uderzające podobieństwo. Już teraz mogłabym wymienić kilka ich wspólnych cech. Mama Briana potrząsa głową i podchodzi do mnie, szybkim krokiem. Wygląda jakby obudziła się z jakiegoś snu. Wyciąga rękę w moją stronę.
-Alessandra.
-Raven.
________________________________________________________________________
Hej! Od razu uprzedzam was, że włoski jest z tłumacza, więc będą błędy i takie tam. Zrobiłam istną składankę z tego rozdziału. Raven, Brian, Byron, Rafe. Coś mi się zdaje, że niektórzy nie mogli się doczekać by przeczytać coś z perspektywy Byrona i Rafe. Dla tych co nie zrozumieli, żartu Laury. Chodzi w nim o to że Apple i Apoll wymawia się podobnie, a pijanemu wiele nie potrzeba. Następny rozdział będzie dodany mniej więcej 20-25 Lipca. Postaram się go napisać do tego czasu. Tym czasem czekam na wasze komentarze i do następnego.
PS. Ostatnio dużo myślałam o Byronie i Raven i wpadłam na pomysł by opowiedzieć wam historię ich miłości. Jak się poznali, co się wydarzyło i takie tam. Co wy na to?
PPS. Do jutra dodam nowe postacie w zakładkę Bohaterowie min. Rafe, brata Raven i Byrona oraz innych.
PS. Ostatnio dużo myślałam o Byronie i Raven i wpadłam na pomysł by opowiedzieć wam historię ich miłości. Jak się poznali, co się wydarzyło i takie tam. Co wy na to?
PPS. Do jutra dodam nowe postacie w zakładkę Bohaterowie min. Rafe, brata Raven i Byrona oraz innych.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
21. + Liebster Award
-Raven!- Podniesiony głos mamy wyrywa mnie z zamyślenia.
- Przepraszam.- Mówię, a mama przewraca oczami- Co z tobą, skarbie? Jesteś jakaś nieobecna. Czy to z powodu twoich urodzin?- Przy wydarzeniach jakie miały ostatnio miejsce zupełnie zapomniałam o swoich urodzinach. O naszych. Wyobrażam sobie radosnego Rafe w towarzystwie Byrona i nowych przyjaciół, zdmuchujący dziewiętnaście świeczek z okrągłego tortu, pokrytego białą jak śnieg bitą śmietaną. A może jest wręcz przeciwnie? Może siedzi teraz sam, w jego oczach błyszczą więzione łzy, kiedy oczami pełnymi emocji wpatruje się w okno. Może odczuwa te samą pustkę jaką ja czułam przez te dwa lata. Ze łzami oczach kiwam głową.
-Och, skarbie.- Mama wstaje ze swojego miejsca i obejmuje mnie ramionami. Pociągam nosem. Gdyby tylko znała prawdę...
-Musimy odpuścić, skarbie.- Mówi w moje włosy. - Pozwolić mu odejść. Musimy zacząć świętować.- Odsuwa się i głaszcze mnie po czarnych jak noc włosach, które cała nasza trójka odziedziczyła po ojcu. Opuszkiem palca ściera łzę, która zdołała się wymknąć z mojego oka.
-Dosyć tych smutków.-Uśmiecha się przez łzy.- Dziś są Twoje urodziny i należy świętować, a nie płakać. A propos urodzin Brian prosił by to Ci przekazać.- Podaje mi kremową kopertę na środku której piszę moje imię. Nie rozmawiałam z Brianem od dnia, kiedy mnie uwolnił. Od dnia w którym poznałam prawdę. Próbował się do mnie dodzwonić, lecz nie odbierałam. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Bycie z nim wiąże się z ryzykiem. Ale czy warto je podjąć?
-Zostawię Cię teraz samą.- Oznajmia mama, jakby świadoma moich myśli. Kiwam głową, a kiedy wychodzi układam się wygodnie na łóżku i wpatruje w elegancką kopertę. Czy powinnam ją otworzyć? A może od razu wyrzucić i zakończyć to ? Zmagam się ze sobą przez kilka minut, aż wreszcie ostrożnie otwieram kopertę i wyciągam sztywny, biały karton na którym pośpiesznie napisano kilka słów.
Raven,
Spotkaj się ze mną w parku o 13. Proszę. Potrzebuje Cię zobaczyć.
B.
Chowam twardy arkusz z powrotem do koperty, którą odkładam na szafkę. Nie mogę go dłużej unikać. Z tą myślą wstaje z łóżka i biorąc ze sobą kluczyki od samochodu Rafe i komórkę, zbiegam na dół.
*
Bądź twarda. Bądź twarda.- powtarzam te słowa jak mantrę. Idę przez szarą kostkę brukową, moje trampki wydają cichy stukot, kiedy go dotykają. Stuk, stuk. Stuk, stuk.
Bez paniki, Raven. To tylko Brian. To ten sam Brian, który zdobył Twoje serce.- powtarzam zbliżając się nieuchronnie do miejsca naszego spotkania. I wtedy go zauważam. Dzieli nas zaledwie kilka metrów. Nie widziałam go od tak dawna, że odległość jaka nas dzieli, sprawia mi ból. Kąciki moich ust drgają w niekontrolowanym uśmiechu. Zagryzam dolną wargę i biegnę. Biegnę, aż ląduje w ciepłych, silnych ramionach Briana, które tak wiele razy oplatały mnie w uścisku. Jest zaskoczony, ale łapie mnie nieomal upuszczając różowe tulipany, które trzyma w prawej dłoni. Wdycham jego męski zapach i mam ochotę śmiać się z własnej głupoty. To Brian. Mój Brian. Jak mogłam w to kiedykolwiek wątpić? To zawsze będzie on. Jestem okropna. On ryzykował dla mnie życie, był gotów je dla mnie poświęcić z miłości do mnie, byle bym była bezpieczna, a teraz w imię tej miłości stoi tu teraz, ubrany w garnitur z kwiatami w ręku, gotowy złożyć swoje serce u moich stóp. I do wszystko dla mnie. Brian stawia mnie na ziemi, jednak mimo tego co zrobiłam, nie puszcza mnie. Łzy napływają mi do oczu i przytulam mocniej Briana.
-Przepraszam, Brian.- Szlocham. Brian odsuwa mnie od siebie i łapię moją twarz w swoje dłonie.
-Nie masz za co, Raven. To ja powinienem błagać Cię o wybaczenie. Powinienem powiedzieć Ci prawdę od razu, kiedy się do siebie zbliżyliśmy, a tym czasem zachowałem się jak tchórz... - On też ma łzy w oczach.
-Nie, nie mów tak. Jesteś najodważniejszym człowiekiem jakiego znam. Nie wielu zebrało by się na odwagę, by stawić czoła grupie, której szefem jest jakiś popapraniec. Byłeś gotowy zrobić dla mnie wszystko...
-Zabijałem dla Ciebie.- Przerywa mi.- A najgorsze jest to że to widziałaś. Widziałem przerażenie w Twoich oczach, Raven. Widziałem Twoje spojrzenie, Raven. Było pełne odrazy, a kilka chwil później przestałaś mnie poznawać.
-Ciii.- Kładę mu palec na ustach.- To ... to przez to co mi wstrzyknęli. On mówił że tak będzie. Że stracę przytomność, że przestanę odróżniać rzeczywistość od tego co dzieje się w mojej głowie, że zacznę postrzegać wszystkich jako zagrożenie.- Co do ostatniej fazy, sama się domyśliłam. Pamiętam że zaczęłam traktować wszystkich jako niebezpiecznych, że wszystkich wrzucałam do szufladki z napisem ,,Niebezpieczeństwo''. - To wszystko było moim urojeniem.- Zapewniam go. Mimo iż wzdrygam się, kiedy przypomnę sobie jak martwe ciała padały na podłogę i krew na ścianach, to wciąż jest mój Brian, który nigdy nie zrobił by nic by mnie skrzywdzić. Brian opiera swoje czoło o moje. Nasze oddechy mieszają się ze sobą.
-Brakowało mi Cię.- Wyznaję. Brian uśmiecha się i całuje mnie.
-Chodźmy stąd.
*
Siedzę na czarnej, skórzanej kanapie w mieszkaniu Briana. Chłopak wchodzi właśnie do salonu, siada obok mnie i obejmuje mnie jednym ramieniem.
-Mam dla Ciebie prezent.- Wyznaje, patrząc na mnie z tajemniczym uśmieszkiem na ustach.
-Brian...- Jęczę. Doskonale wie że nie lubię prezentów-niespodzianek. Pochyla się nade mną i całuje mnie, skutecznie uciszając moje protesty. Z każdą sekundą nasze pocałunki stają się mocniejsze, żarliwe, bardziej namiętne. Wszystko wokół nas znika, aż zostaje tylko On. Brian. Wiem, że powinnam to przerwać, ale nie potrafię. Jego pocałunki, jego zapach, jego dotyk oszałamiają mnie. Nie potrafię znaleźć w sobie siły by to przerwać. Moja ręka wślizguje się pod koszulkę Briana, dotykam jego brzucha, a wtedy Brian nas rozdziela. Obydwoje dyszymy ciężko.
-Powinniśmy...- zaczyna Brian.
-Wiem.- Przerywam mu. Jestem zawstydzona tym, że nie potrafiłam mu się oprzeć. Spoglądam w dół i ... Cholera, gdzie się podziała moja koszulka? Znajduję ją na podłodze, schylam się żeby ją podnieść, lecz Brian świadomy mojego zawstydzenia wyprzedza mnie i podaje mi ją. Zakładam ją szybko.
-Przepraszam.- Brian jest wyraźnie zawstydzony. Splata nasze ręce razem i kładzie je na jego kolanie, jakby tam było ich miejsce. Milczymy przez chwilę. Nie ma miedzy nami ciężkiego napięcia, cisza jest dobra. Brian cmoka moją dłoń, sięga za siebie i podaje mi kopertę. Rozplątuje nasze ręce i zaczynam otwierać kopertę.
-Zaczekaj.- Powstrzymuje mnie. - Chce żebyś to przemyślała.- Wskazuje na kopertę.- Wiem, że jest ci ciężko, że potrzebujesz czasu na przemyślenia, co do Rafe i ... Byrona.- Przygryzam swoją dolną wargę. Ten temat jest jeszcze zbyt świeży, nie chce rozmawiać o tym co zrobili Rafe i Byron. Brian kiwa głową na znak że mogę już otworzyć kopertę. Otwieram ją i wyciągam niebieski arkusz. Dopiero po chwili dociera do mnie co mam przed sobą.
-To bilet. Do Włoch.- Brian kiwa z uśmiechem głową.
-Dokładnie do Ravenny. Do mojego domu.- Patrzę z podniesioną brwią na Briana podczas, gdy on bawi się kosmykiem moich włosów. Nagle zasycha mi w gardle. Brian chce żebym poznała jego rodziców?
- Twoi rodzice...-Zaczynam.
-Daj spokój, Raven. Nie rób takiej przerażonej miny. Moi rodzice rzadko tam przyjeżdżają. Większość czasu spędzają w Palermo.- Mówiąc to obejmuje mnie ramieniem.
-Więc jak, moja mroczna królowo?- Trąca nosem mój policzek. Przez chwile panuje cisza, nie słychać nic poza wydychanym przez nas powietrzem. Podświadomie wiem, że Brian ma rację. Potrzebuje spokoju, czasu do podjęcia poważnych decyzji.
Oczyszczam gardło i mówię
-Przekonam rodziców.
- Przepraszam.- Mówię, a mama przewraca oczami- Co z tobą, skarbie? Jesteś jakaś nieobecna. Czy to z powodu twoich urodzin?- Przy wydarzeniach jakie miały ostatnio miejsce zupełnie zapomniałam o swoich urodzinach. O naszych. Wyobrażam sobie radosnego Rafe w towarzystwie Byrona i nowych przyjaciół, zdmuchujący dziewiętnaście świeczek z okrągłego tortu, pokrytego białą jak śnieg bitą śmietaną. A może jest wręcz przeciwnie? Może siedzi teraz sam, w jego oczach błyszczą więzione łzy, kiedy oczami pełnymi emocji wpatruje się w okno. Może odczuwa te samą pustkę jaką ja czułam przez te dwa lata. Ze łzami oczach kiwam głową.
-Och, skarbie.- Mama wstaje ze swojego miejsca i obejmuje mnie ramionami. Pociągam nosem. Gdyby tylko znała prawdę...
-Musimy odpuścić, skarbie.- Mówi w moje włosy. - Pozwolić mu odejść. Musimy zacząć świętować.- Odsuwa się i głaszcze mnie po czarnych jak noc włosach, które cała nasza trójka odziedziczyła po ojcu. Opuszkiem palca ściera łzę, która zdołała się wymknąć z mojego oka.
-Dosyć tych smutków.-Uśmiecha się przez łzy.- Dziś są Twoje urodziny i należy świętować, a nie płakać. A propos urodzin Brian prosił by to Ci przekazać.- Podaje mi kremową kopertę na środku której piszę moje imię. Nie rozmawiałam z Brianem od dnia, kiedy mnie uwolnił. Od dnia w którym poznałam prawdę. Próbował się do mnie dodzwonić, lecz nie odbierałam. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Bycie z nim wiąże się z ryzykiem. Ale czy warto je podjąć?
-Zostawię Cię teraz samą.- Oznajmia mama, jakby świadoma moich myśli. Kiwam głową, a kiedy wychodzi układam się wygodnie na łóżku i wpatruje w elegancką kopertę. Czy powinnam ją otworzyć? A może od razu wyrzucić i zakończyć to ? Zmagam się ze sobą przez kilka minut, aż wreszcie ostrożnie otwieram kopertę i wyciągam sztywny, biały karton na którym pośpiesznie napisano kilka słów.
Raven,
Spotkaj się ze mną w parku o 13. Proszę. Potrzebuje Cię zobaczyć.
B.
Chowam twardy arkusz z powrotem do koperty, którą odkładam na szafkę. Nie mogę go dłużej unikać. Z tą myślą wstaje z łóżka i biorąc ze sobą kluczyki od samochodu Rafe i komórkę, zbiegam na dół.
*
Bądź twarda. Bądź twarda.- powtarzam te słowa jak mantrę. Idę przez szarą kostkę brukową, moje trampki wydają cichy stukot, kiedy go dotykają. Stuk, stuk. Stuk, stuk.
Bez paniki, Raven. To tylko Brian. To ten sam Brian, który zdobył Twoje serce.- powtarzam zbliżając się nieuchronnie do miejsca naszego spotkania. I wtedy go zauważam. Dzieli nas zaledwie kilka metrów. Nie widziałam go od tak dawna, że odległość jaka nas dzieli, sprawia mi ból. Kąciki moich ust drgają w niekontrolowanym uśmiechu. Zagryzam dolną wargę i biegnę. Biegnę, aż ląduje w ciepłych, silnych ramionach Briana, które tak wiele razy oplatały mnie w uścisku. Jest zaskoczony, ale łapie mnie nieomal upuszczając różowe tulipany, które trzyma w prawej dłoni. Wdycham jego męski zapach i mam ochotę śmiać się z własnej głupoty. To Brian. Mój Brian. Jak mogłam w to kiedykolwiek wątpić? To zawsze będzie on. Jestem okropna. On ryzykował dla mnie życie, był gotów je dla mnie poświęcić z miłości do mnie, byle bym była bezpieczna, a teraz w imię tej miłości stoi tu teraz, ubrany w garnitur z kwiatami w ręku, gotowy złożyć swoje serce u moich stóp. I do wszystko dla mnie. Brian stawia mnie na ziemi, jednak mimo tego co zrobiłam, nie puszcza mnie. Łzy napływają mi do oczu i przytulam mocniej Briana.
-Przepraszam, Brian.- Szlocham. Brian odsuwa mnie od siebie i łapię moją twarz w swoje dłonie.
-Nie masz za co, Raven. To ja powinienem błagać Cię o wybaczenie. Powinienem powiedzieć Ci prawdę od razu, kiedy się do siebie zbliżyliśmy, a tym czasem zachowałem się jak tchórz... - On też ma łzy w oczach.
-Nie, nie mów tak. Jesteś najodważniejszym człowiekiem jakiego znam. Nie wielu zebrało by się na odwagę, by stawić czoła grupie, której szefem jest jakiś popapraniec. Byłeś gotowy zrobić dla mnie wszystko...
-Zabijałem dla Ciebie.- Przerywa mi.- A najgorsze jest to że to widziałaś. Widziałem przerażenie w Twoich oczach, Raven. Widziałem Twoje spojrzenie, Raven. Było pełne odrazy, a kilka chwil później przestałaś mnie poznawać.
-Ciii.- Kładę mu palec na ustach.- To ... to przez to co mi wstrzyknęli. On mówił że tak będzie. Że stracę przytomność, że przestanę odróżniać rzeczywistość od tego co dzieje się w mojej głowie, że zacznę postrzegać wszystkich jako zagrożenie.- Co do ostatniej fazy, sama się domyśliłam. Pamiętam że zaczęłam traktować wszystkich jako niebezpiecznych, że wszystkich wrzucałam do szufladki z napisem ,,Niebezpieczeństwo''. - To wszystko było moim urojeniem.- Zapewniam go. Mimo iż wzdrygam się, kiedy przypomnę sobie jak martwe ciała padały na podłogę i krew na ścianach, to wciąż jest mój Brian, który nigdy nie zrobił by nic by mnie skrzywdzić. Brian opiera swoje czoło o moje. Nasze oddechy mieszają się ze sobą.
-Brakowało mi Cię.- Wyznaję. Brian uśmiecha się i całuje mnie.
-Chodźmy stąd.
*
Siedzę na czarnej, skórzanej kanapie w mieszkaniu Briana. Chłopak wchodzi właśnie do salonu, siada obok mnie i obejmuje mnie jednym ramieniem.
-Mam dla Ciebie prezent.- Wyznaje, patrząc na mnie z tajemniczym uśmieszkiem na ustach.
-Brian...- Jęczę. Doskonale wie że nie lubię prezentów-niespodzianek. Pochyla się nade mną i całuje mnie, skutecznie uciszając moje protesty. Z każdą sekundą nasze pocałunki stają się mocniejsze, żarliwe, bardziej namiętne. Wszystko wokół nas znika, aż zostaje tylko On. Brian. Wiem, że powinnam to przerwać, ale nie potrafię. Jego pocałunki, jego zapach, jego dotyk oszałamiają mnie. Nie potrafię znaleźć w sobie siły by to przerwać. Moja ręka wślizguje się pod koszulkę Briana, dotykam jego brzucha, a wtedy Brian nas rozdziela. Obydwoje dyszymy ciężko.
-Powinniśmy...- zaczyna Brian.
-Wiem.- Przerywam mu. Jestem zawstydzona tym, że nie potrafiłam mu się oprzeć. Spoglądam w dół i ... Cholera, gdzie się podziała moja koszulka? Znajduję ją na podłodze, schylam się żeby ją podnieść, lecz Brian świadomy mojego zawstydzenia wyprzedza mnie i podaje mi ją. Zakładam ją szybko.
-Przepraszam.- Brian jest wyraźnie zawstydzony. Splata nasze ręce razem i kładzie je na jego kolanie, jakby tam było ich miejsce. Milczymy przez chwilę. Nie ma miedzy nami ciężkiego napięcia, cisza jest dobra. Brian cmoka moją dłoń, sięga za siebie i podaje mi kopertę. Rozplątuje nasze ręce i zaczynam otwierać kopertę.
-Zaczekaj.- Powstrzymuje mnie. - Chce żebyś to przemyślała.- Wskazuje na kopertę.- Wiem, że jest ci ciężko, że potrzebujesz czasu na przemyślenia, co do Rafe i ... Byrona.- Przygryzam swoją dolną wargę. Ten temat jest jeszcze zbyt świeży, nie chce rozmawiać o tym co zrobili Rafe i Byron. Brian kiwa głową na znak że mogę już otworzyć kopertę. Otwieram ją i wyciągam niebieski arkusz. Dopiero po chwili dociera do mnie co mam przed sobą.
-To bilet. Do Włoch.- Brian kiwa z uśmiechem głową.
-Dokładnie do Ravenny. Do mojego domu.- Patrzę z podniesioną brwią na Briana podczas, gdy on bawi się kosmykiem moich włosów. Nagle zasycha mi w gardle. Brian chce żebym poznała jego rodziców?
- Twoi rodzice...-Zaczynam.
-Daj spokój, Raven. Nie rób takiej przerażonej miny. Moi rodzice rzadko tam przyjeżdżają. Większość czasu spędzają w Palermo.- Mówiąc to obejmuje mnie ramieniem.
-Więc jak, moja mroczna królowo?- Trąca nosem mój policzek. Przez chwile panuje cisza, nie słychać nic poza wydychanym przez nas powietrzem. Podświadomie wiem, że Brian ma rację. Potrzebuje spokoju, czasu do podjęcia poważnych decyzji.
Oczyszczam gardło i mówię
-Przekonam rodziców.
________________________________________________________________________
Oto jest, wyczekiwany rozdział. W życiu Raven i Briana nastąpi dużo zmian co zresztą się okaże w następnych rozdziałach. Co do komentarzy. Jeśli coś się komuś nie podoba co do daty, kiedy dodaje to jego sprawa. Nie zapominajcie, że ja też jestem tylko człowiekiem i piszę te opowiadanie dlatego, że jest to moją pasją. Poświęcam przy tym swój wolny czas podczas, którego mogłabym zrobić coś zupełnie innego. Nie będę poświęcała każdej wolnej chwili jaką mam, bo nie zamierzam rezygnować ze spotkań z przyjaciółmi czy rodziną. Rozdział skończyłam dopiero przed chwilą bo nad zwyczajniej w świecie nie miałam weny, a nie zamierzam dodawać jakiegoś niedopracowanego rozdziału czy chłamu, tylko po to by zadowolić czytelnika. To tyle na dziś. Proszę o komentarze i do następnego!
Liebster Award
Dziękuje za nominację, Pannie Nikt!
Oto pytania:
1.Z którym bohaterem literackim wybrałabyś się na kawę i o czym byś z nim rozmawiała?
Pochłaniam strasznie dużo książek, więc trudno mi było by wybrać jednego.
2.Jaki jest twój ulubiony cytat i dlaczego?
,,Kochać to zniszczyć, a być kochanym to zostać zniszczonym.'' Jest moim ulubionym, ponieważ pokazuje że miłość, coś co uważamy że jest magiczne i nieśmiertelne, może zniszczyć człowieka.
3.Cecha, którą najbardziej cenisz w innych ludziach?
3.Cecha, którą najbardziej cenisz w innych ludziach?
Wierność, chyba.
4.Co zwykle robisz w niedzielne przedpołudnia?
Czytam książki.
4.Co zwykle robisz w niedzielne przedpołudnia?
Czytam książki.
5.Podaj cechy charakteru, które najbardziej w sobie lubisz.
Nie mam pojęcia co w sobie lubię.
6.Oglądasz youtube? Jeżeli tak, to co najczęściej?
6.Oglądasz youtube? Jeżeli tak, to co najczęściej?
Aż wstyd się przyznać.
7.Jaki jest twój ulubiony wiersz? Dlaczego akurat ten?
7.Jaki jest twój ulubiony wiersz? Dlaczego akurat ten?
Nie mam ulubionego wiersza.
8.Jakie słodycze są według ciebie najpyszniejsze?
8.Jakie słodycze są według ciebie najpyszniejsze?
Czekoladaaa!
9.Czym kierujesz się w swoim życiu?
9.Czym kierujesz się w swoim życiu?
Prawdę mówiąc to nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
10.Kim jest najbardziej wyjątkowa osoba w twoim życiu?
Na razie w moim życiu nie ma tej wyjątkowej osoby.
Na razie w moim życiu nie ma tej wyjątkowej osoby.
11.Czym jest dla ciebie wolność?
Wolność jest dla mnie czymś wspaniałym. Czymś z czego możemy się cieszyć dzięki walce naszych przodków.
czwartek, 16 kwietnia 2015
20.
-Przestańcie.- Błagam, przyciskając dłonie do uszu, jednak coś głęboko we mnie zakorzenionego, każe mi spojrzeć przed siebie. Unoszę więc głowę i to co widzę sprawia że uwalniam powstrzymywany krzyk.
-Raven!- Rozpoznaje głos mojego bliźniaka. Zaczyna się zbliżać do mnie, a ja jestem tak bardzo przerażona że zaczynam krzyczeć jeszcze głośniej. Zwariowałam. To jest jedyna wytłumaczalna odpowiedź na to co właśnie widzę. Od ich śmierci minęły dwa lata, a ja gdzieś po drodze musiałam zwariować. Nie jest możliwe, żebym widziała martwego brata i chłopaka, tak jak nie jest możliwe żebym widziała dawce serca dla mojego brata. To może przez ten zastrzyk, albo przez ranę na głowie. - Nie!!!!!- Rafe zamiera. Dlaczego czuje się tak dziwnie?
-Każ im odejść! Każ im odejść!- W tej chwili chłopak i imieniu Brian jest mniejszym złem i to do niego się zwracam. Nie chce już cierpieć. Chce żeby sobie poszli. Panika pochłania mnie całkowicie i mimo iż chce żeby sobie poszli, nie mogę przestać na nich patrzeć, mimo iż ich widok sprawia mi ból.
Brian
Jestem przerażony zachowaniem Raven. Co się jej stało? Czy to z powodu jej rany na głowie? Czy oni zrobili jej coś, co sprawiło że zupełnie zwariowała? Czy ja jej to zrobiłem? Czy ich śmierć rozbiła ją tak bardzo, że teraz nie chce ich widzieć? Czy to ich powrót zepchnął ją z krawędzi szaleństwa? Mógłbym zadawać sobie te pytania bez końca, jednak strach Raven łamie mi serce, sprawia że ciężko mi oddychać. Nie mogę pozwolić jej dłużej cierpieć. Widzę też ból na twarzy Raphaela i Byrona. Wiem że przy ponownym spotkaniu, spodziewali się wszystkiego tylko nie tego.
-Raven, kochanie.- Klękam przy niej.- Pozwól mi sobie pomóc.- Widok jej tak przerażonej sprawia mi ból.
- Każ im odejść.- Powtarza wciąż i wciąż. Wykonuje powolne ruchy i powoli biorę ją w ramiona. Tym razem Raven nie wyrywa się i pozwala mi się objąć. Patrzę znacząco na Zeke'a, który każe mi na siebie czekać i idzie za przygnębionymi chłopakami. Odczekuje kilka chwil i wychodzę z tego okropnego budynku, który sprawił Raven tak dużo bólu. Układam dziewczynę na tylnim siedzeniu mojego samochodu i siadam obok niej. Mimo iż jesteśmy sami, Raven wciąż płacze, szepcząc coś pod nosem, a jej ręce są przyciśnięte do uszu. Zaczynam się martwić, czy z Raven jest wszystko w porządku. Zachowuje się dziwnie, mówi do kogoś, każe ją zostawić. Czy moja dziewczyna zwariowała? - zastanawiam się. I wtedy zauważam mały obrzęk na jej szyi, przyglądam mu się, starając się nie przestraszyć ukochanej. Nadzieja. To czuje patrząc na ślad. Jest szansa że Raven nie zwariowała, że wstrzyknęli jej coś. Odzyskam ją.- Obiecuje sobie. Drzwi samochodu od strony kierowcy otwierają się, Zeke wsiada za kierownice i spogląda na nas w lusterku, posyłając mi jedno, krótkie, ponure spojrzenie.
*
- Ona musi poznać prawdę, powód dla którego to zrobili.- Upiera się Zeke.
-Nie sądzisz że ona przeszła zbyt wiele w ciągu ostatnich dni? Nie jestem nawet pewien, czy będzie chciała ze mną rozmawiać!- Wybucha. Jestem tak bardzo wściekły. Chce żeby to już się skończyło, chce by Raven była znowu bezpieczna, nawet jeśli będę musiał trzymać się od niej z dala. Słyszę skrzypnięcie podłogi i po kilku sekundach Raven staje w drzwiach. Jej piękne, szare oczy są smutne, ale wydaje się być moją dawną Raven.
-Raven, czy... dobrze się czujesz?- Pytam, lecz ona patrzy na nas i milczy. Robię kilka ostrożnych kroków w jej stronę, aż staje przed nią i dotykam knykciami jej policzka. Raven zaciska oczy i wypuszcza powietrze, ale nie ucieka, nie krzyczy co jest dobrym początkiem, lecz mimo tego wciąż się boje o jej psychikę. Nikt z nas nie wie co Raven, tam przeżyła, z jakimi demonami musiała się zmierzyć by być tu teraz. Wiem że to za wcześnie, ale muszę jej opowiedzieć całą historię. Może wtedy wybaczy bratu i byłemu chłopakowi. Bo on jest chyba jej byłym, prawda?
-Raven, czy jesteś gotowa poznać prawdę? O Rafe i Byronie?- Mruga szybko i po kilku sekundach wahania kiwa głową. Siadamy na przeciw siebie. Biorę głęboki wdech i przeczesuję palcami włosy, zastanawiając się od czego zacząć, ale najlepiej będzie jeśli zacznę od początku.
- Około dwa i pół roku temu Rafe i Byron wzięli udział w nielegalnym ulicznym wyścigu, w którym brał udział Gimenez, głowa najpotężniejszego gangu Głębokiego Południa, ten sam człowiek który zlecił Twoje porwanie. Rafe i Byron przegrali, ale swoimi umiejętnościami zwrócili uwagę Gimeneza, który kazał ich zwerbować, a kiedy odmówili, kazał ich zastraszyć. Niedługi czas później Zeke wpadł na nich, a raczej na pobitego Byrona. Zabrał go do siebie, a niedługo potem pojawił się tam Twój brat. Dołączyli do Zeke'a i reszty. Młodzi Rafe i Byron postawili sobie za cel, narażanie się Gimenezowi. Pewnego razu włamali się do jednej z jego siedzib i zniszczyli ją doszczętnie. Gimenez był wściekły, wysłał grupę swoich ludzi, którzy mieli ich złapać i dostarczyć mu żywych lub martwych. Wtedy wkroczyliśmy i ... zabiliśmy cały oddział, ale Rafe i Byrona to nie zniechęciło i około miesiąca później wykradli mu warty dziesięć milionów diament, ledwie unikając złapania. Ukryli się i zadzwonili do Zeke'a, który kazał im pojechać za miasto, gdzie mieli się spotkać. Byli już kilka kilometrów od celu, kiedy pojawił się czarny SUV i zmiótł ich z drogi. Zeke czuł że coś jest nie tak i jechał im na spotkanie. Dojechał do samochodu w chwili, gdy ten wybuchł. Myślał że zginęli, ale wtedy zobaczył zakrwawioną dwójkę w rowie kilka metrów dalej. Byron był cały połamany i nie przytomny, Rafe wyciągnął go z samochodu i ocalił mu życie. Zeke i Rafe podjęli decyzję o sfałszowaniu śmierci Byrona i Twojego brata. Wiedzieli że ich rodziny będą w niebezpieczeństwie, że ty będziesz w niebezpieczeństwie. Kiedy Byron się ocknął chciał się z Tobą skontaktował, ale przekonałem go żeby tego nie robił, wyjaśniłem mu w jakim niebezpieczeństwie Cię postawi. Ustąpił mimo iż łamało mu to serce, a kilka dni po pogrzebie do prasy wyciekła wiadomość o Twojej próbie samobójczej. Wierz mi, Raven, obydwoje chcieli być przy Tobie, ale nie mogli. Wierzyli że się pozbierasz, że będziesz żyć dalej, a potem oni wrócą i wszystko będzie tak jak dawniej. Kilka miesięcy temu nasz kontakt poinformował nas że Gimenez zamierza wysłać kogoś do szkoły, że On wie że chłopaki żyją. Zgłosiłem się na ochotnika, by pojechać do Waszyngtonu i Cię ochraniać, być przy Tobie. Potem pojawił się Simon, a ja pomyślałem że wygląda jak zwyczajny nastolatek, ale o to przecież chodziło, prawda? Miał idealnie wpasować się w otoczenie, a na wyjeździe ktoś próbował Cię zepchnąć ze skały, więc Simon był idealnym kozłem ofiarnym, ale okazało się że jest czysty. Nie wiedziałem, kto czyha na Twoje życie. A potem zniknęłaś. Obiecałem chłopakom że będę cię chronił, więc starałem się to robić najlepiej jak potrafię, ale wtedy Alice rzuciła się na mnie na tej imprezie, a ty uciekłaś z klubu.A potem zniknęłaś. Obydwoje wiemy co było potem.- Patrzę na twarz Raven, która pozostaje bez wyrazu. Jest niczym pokerzysta, który zachowuje kamienną twarz, aby nie zdradzić swoich zamiarów. Po kilku sekundach Raven wykonuje ruch z prędkością światła i nim się obejrzę, wazon z fioletowego szkła leci w kierunku mojej głowy. W ostatniej chwili uchylam się przed pociskiem i wazon rozbija się na ścianie. Rzucam się w kierunku Raven, kiedy w moim kierunku leci kolejny wazon. Obejmuję mocno jej drobne ramiona i przyciskam do siebie. Raven uderza pięściami w moją klatę i krzyczy.
-Przestań! Raven, przestań!- Zza jej ust wydobywa się szloch.- Wiedziałeś! Znałeś prawdę od samego początku! Nienawidzę cię!- Przytulam ją mocno i trzymam. Trzymam aż przestaje się wyrywać.
-Ciii. Nie mów tak. Wiesz że zrobiłbym dla Ciebie wszystko. Zobaczyłaś jak Alice mnie całuje, a potem zniknęłaś, a ja byłem tak cholernie przerażony, że już Cię nie zobaczę. I wtedy zrozumiałem że to co do ciebie czuje nie jest jakimś zwyczajnym zauroczeniem, że kocham Cię tak naprawdę. Zrozumiałem że jesteś moim sercem, Raven, a ja umrę jeśli Cię nie odzyskam, no bo jak można żyć bez serca?
Dziewczyna milczy przez kilka minut, a potem odsuwa się.
-Chce iść do domu.- Oznajmia, nie patrząc na mnie. Przy ostatnim słowie jej głos załamuje się. Wzdycham i idę za nią zgarniając kluczyki ze stolika.
Raven
Nie patrząc na Briana, wysiadam z samochodu i szybkim krokiem zmierzam do domu. Jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona. Moja głowa zachowuje się tak jakby miała eksplodować, a każdy głośniejszy dźwięk sprawia, że mam wrażenie jakby tysiące igieł wbijało mi się w głowę. Otwieram białe drzwi wejściowe i natychmiast udaję się do swojego pokoju. Chce być sama. Chce...
-Raven. Już, wróciłaś skarbie? - Zamieram. Jestem cholernie przerażona. Cały przód mojego ubrania pokrywa krew, a na mojej głowie jest zaszyta rana. Jak ja to wyjaśnię?
-Tak.- Improwizuje. Nie wiem, ile prawdy znają moi rodzice.
-Brian mówił że wrócicie z wycieczki dopiero za 2 dni.- Wycieczka? Jaka wycieczka? Cholerny skubaniec. Razem z tym swoim gangiem zatuszował moje zniknięcie.
-Umm. Tak. Brian i ja mieliśmy małą sprzeczkę, więc wróciłam wcześniej. Po prostu uznałam że to bez sensu i ... Wybacz, mamo. Jestem zmęczona położę się, już.
-Oczywiście. Porozmawiamy jutro. Dobranoc, Raven.
- Dobranoc.- Wybąkuje i czym prędzej znikam w pokoju. Zamykam drzwi na klucz i udaję się do łazienki. Dopiero teraz mam szanse się sobie przyjrzeć. Mam na sobie szarą bokserkę, jeansy i czarne trampki. Żadna z tych rzeczy nie należy do mnie. Zdejmuję szarą bokserkę, która pokrywa zaschnięta krew, a zaraz po niej buty i spodnie. Wrzucam je do czarnego worka, który ukrywam w swojej szafie. Nie łatwo jest coś ukryć, kiedy mieszka się w Białym Domu. Wchodzę pod prysznic i opłukuje ciało z zaschniętej krwi. Wspomnienia minionych godzin wracają, kiedy chce założyć koszulkę Briana w której ostatnio spałam. Mimo wahania zakładam ją i wślizguję się pod kołdrę. Dopiero tam uwalniam zebrane we mnie emocje, które wydostają się w postaci łez i krzyku zduszonym przez poduszkę. Nie chce już więcej cierpieć. Nie chce już więcej czuć tego co czułam, kiedy dowiedziałam się że Rafe i Byron nie żyją. Nie chce tego bólu. Tak łatwo było by wszystko zakończyć. Wystarczyłaby jedna żyletka i kilka tabletek nasennych, które ukryłam w pokoju Rafe, dwa lata temu. Nie mogę tego zrobić. Odejście byłoby zbyt łatwe. Muszę teraz podjąć decyzje, która zaważy nie tylko na moim życiu, ale także życiu Briana, Byrona i mojego brata. Kłamca i dwa żywe trupy. Czy kiedykolwiek wybaczę Byronowi i Rafe? Że przez swoją śmierć, prawie mnie zabili? Że zdusili niewinny płomień przyszłego życia? Mam świadomość że moja decyzja może zmienić nasze życie, niektórym może je nawet odebrać. Wycieram twarz z łez i zamykam oczy, a kiedy zaczynam już śnić, przypominam sobie o małym chłopcu, o czarnych włosach i szarych oczach. Wymawiam jedno słowo, które ucieka w świat razem z wydychanym przeze mnie powietrzem.
-Alan.
___________________________________________________________________
Tadam! Oto i kolejny! Nie będę się zbytnio rozpisywać. Znowu namieszałam w tym rozdziale, a zamierzam jeszcze więcej, to wam obiecuje. Gdyby były jakieś pytania postaram się na nie odpowiedzieć pod następnym rozdziałem, a tym czasem proszę o wasze komentarze i opinie.
-Raven!- Rozpoznaje głos mojego bliźniaka. Zaczyna się zbliżać do mnie, a ja jestem tak bardzo przerażona że zaczynam krzyczeć jeszcze głośniej. Zwariowałam. To jest jedyna wytłumaczalna odpowiedź na to co właśnie widzę. Od ich śmierci minęły dwa lata, a ja gdzieś po drodze musiałam zwariować. Nie jest możliwe, żebym widziała martwego brata i chłopaka, tak jak nie jest możliwe żebym widziała dawce serca dla mojego brata. To może przez ten zastrzyk, albo przez ranę na głowie. - Nie!!!!!- Rafe zamiera. Dlaczego czuje się tak dziwnie?
-Każ im odejść! Każ im odejść!- W tej chwili chłopak i imieniu Brian jest mniejszym złem i to do niego się zwracam. Nie chce już cierpieć. Chce żeby sobie poszli. Panika pochłania mnie całkowicie i mimo iż chce żeby sobie poszli, nie mogę przestać na nich patrzeć, mimo iż ich widok sprawia mi ból.
Brian
Jestem przerażony zachowaniem Raven. Co się jej stało? Czy to z powodu jej rany na głowie? Czy oni zrobili jej coś, co sprawiło że zupełnie zwariowała? Czy ja jej to zrobiłem? Czy ich śmierć rozbiła ją tak bardzo, że teraz nie chce ich widzieć? Czy to ich powrót zepchnął ją z krawędzi szaleństwa? Mógłbym zadawać sobie te pytania bez końca, jednak strach Raven łamie mi serce, sprawia że ciężko mi oddychać. Nie mogę pozwolić jej dłużej cierpieć. Widzę też ból na twarzy Raphaela i Byrona. Wiem że przy ponownym spotkaniu, spodziewali się wszystkiego tylko nie tego.
-Raven, kochanie.- Klękam przy niej.- Pozwól mi sobie pomóc.- Widok jej tak przerażonej sprawia mi ból.
- Każ im odejść.- Powtarza wciąż i wciąż. Wykonuje powolne ruchy i powoli biorę ją w ramiona. Tym razem Raven nie wyrywa się i pozwala mi się objąć. Patrzę znacząco na Zeke'a, który każe mi na siebie czekać i idzie za przygnębionymi chłopakami. Odczekuje kilka chwil i wychodzę z tego okropnego budynku, który sprawił Raven tak dużo bólu. Układam dziewczynę na tylnim siedzeniu mojego samochodu i siadam obok niej. Mimo iż jesteśmy sami, Raven wciąż płacze, szepcząc coś pod nosem, a jej ręce są przyciśnięte do uszu. Zaczynam się martwić, czy z Raven jest wszystko w porządku. Zachowuje się dziwnie, mówi do kogoś, każe ją zostawić. Czy moja dziewczyna zwariowała? - zastanawiam się. I wtedy zauważam mały obrzęk na jej szyi, przyglądam mu się, starając się nie przestraszyć ukochanej. Nadzieja. To czuje patrząc na ślad. Jest szansa że Raven nie zwariowała, że wstrzyknęli jej coś. Odzyskam ją.- Obiecuje sobie. Drzwi samochodu od strony kierowcy otwierają się, Zeke wsiada za kierownice i spogląda na nas w lusterku, posyłając mi jedno, krótkie, ponure spojrzenie.
*
- Ona musi poznać prawdę, powód dla którego to zrobili.- Upiera się Zeke.
-Nie sądzisz że ona przeszła zbyt wiele w ciągu ostatnich dni? Nie jestem nawet pewien, czy będzie chciała ze mną rozmawiać!- Wybucha. Jestem tak bardzo wściekły. Chce żeby to już się skończyło, chce by Raven była znowu bezpieczna, nawet jeśli będę musiał trzymać się od niej z dala. Słyszę skrzypnięcie podłogi i po kilku sekundach Raven staje w drzwiach. Jej piękne, szare oczy są smutne, ale wydaje się być moją dawną Raven.
-Raven, czy... dobrze się czujesz?- Pytam, lecz ona patrzy na nas i milczy. Robię kilka ostrożnych kroków w jej stronę, aż staje przed nią i dotykam knykciami jej policzka. Raven zaciska oczy i wypuszcza powietrze, ale nie ucieka, nie krzyczy co jest dobrym początkiem, lecz mimo tego wciąż się boje o jej psychikę. Nikt z nas nie wie co Raven, tam przeżyła, z jakimi demonami musiała się zmierzyć by być tu teraz. Wiem że to za wcześnie, ale muszę jej opowiedzieć całą historię. Może wtedy wybaczy bratu i byłemu chłopakowi. Bo on jest chyba jej byłym, prawda?
-Raven, czy jesteś gotowa poznać prawdę? O Rafe i Byronie?- Mruga szybko i po kilku sekundach wahania kiwa głową. Siadamy na przeciw siebie. Biorę głęboki wdech i przeczesuję palcami włosy, zastanawiając się od czego zacząć, ale najlepiej będzie jeśli zacznę od początku.
- Około dwa i pół roku temu Rafe i Byron wzięli udział w nielegalnym ulicznym wyścigu, w którym brał udział Gimenez, głowa najpotężniejszego gangu Głębokiego Południa, ten sam człowiek który zlecił Twoje porwanie. Rafe i Byron przegrali, ale swoimi umiejętnościami zwrócili uwagę Gimeneza, który kazał ich zwerbować, a kiedy odmówili, kazał ich zastraszyć. Niedługi czas później Zeke wpadł na nich, a raczej na pobitego Byrona. Zabrał go do siebie, a niedługo potem pojawił się tam Twój brat. Dołączyli do Zeke'a i reszty. Młodzi Rafe i Byron postawili sobie za cel, narażanie się Gimenezowi. Pewnego razu włamali się do jednej z jego siedzib i zniszczyli ją doszczętnie. Gimenez był wściekły, wysłał grupę swoich ludzi, którzy mieli ich złapać i dostarczyć mu żywych lub martwych. Wtedy wkroczyliśmy i ... zabiliśmy cały oddział, ale Rafe i Byrona to nie zniechęciło i około miesiąca później wykradli mu warty dziesięć milionów diament, ledwie unikając złapania. Ukryli się i zadzwonili do Zeke'a, który kazał im pojechać za miasto, gdzie mieli się spotkać. Byli już kilka kilometrów od celu, kiedy pojawił się czarny SUV i zmiótł ich z drogi. Zeke czuł że coś jest nie tak i jechał im na spotkanie. Dojechał do samochodu w chwili, gdy ten wybuchł. Myślał że zginęli, ale wtedy zobaczył zakrwawioną dwójkę w rowie kilka metrów dalej. Byron był cały połamany i nie przytomny, Rafe wyciągnął go z samochodu i ocalił mu życie. Zeke i Rafe podjęli decyzję o sfałszowaniu śmierci Byrona i Twojego brata. Wiedzieli że ich rodziny będą w niebezpieczeństwie, że ty będziesz w niebezpieczeństwie. Kiedy Byron się ocknął chciał się z Tobą skontaktował, ale przekonałem go żeby tego nie robił, wyjaśniłem mu w jakim niebezpieczeństwie Cię postawi. Ustąpił mimo iż łamało mu to serce, a kilka dni po pogrzebie do prasy wyciekła wiadomość o Twojej próbie samobójczej. Wierz mi, Raven, obydwoje chcieli być przy Tobie, ale nie mogli. Wierzyli że się pozbierasz, że będziesz żyć dalej, a potem oni wrócą i wszystko będzie tak jak dawniej. Kilka miesięcy temu nasz kontakt poinformował nas że Gimenez zamierza wysłać kogoś do szkoły, że On wie że chłopaki żyją. Zgłosiłem się na ochotnika, by pojechać do Waszyngtonu i Cię ochraniać, być przy Tobie. Potem pojawił się Simon, a ja pomyślałem że wygląda jak zwyczajny nastolatek, ale o to przecież chodziło, prawda? Miał idealnie wpasować się w otoczenie, a na wyjeździe ktoś próbował Cię zepchnąć ze skały, więc Simon był idealnym kozłem ofiarnym, ale okazało się że jest czysty. Nie wiedziałem, kto czyha na Twoje życie. A potem zniknęłaś. Obiecałem chłopakom że będę cię chronił, więc starałem się to robić najlepiej jak potrafię, ale wtedy Alice rzuciła się na mnie na tej imprezie, a ty uciekłaś z klubu.A potem zniknęłaś. Obydwoje wiemy co było potem.- Patrzę na twarz Raven, która pozostaje bez wyrazu. Jest niczym pokerzysta, który zachowuje kamienną twarz, aby nie zdradzić swoich zamiarów. Po kilku sekundach Raven wykonuje ruch z prędkością światła i nim się obejrzę, wazon z fioletowego szkła leci w kierunku mojej głowy. W ostatniej chwili uchylam się przed pociskiem i wazon rozbija się na ścianie. Rzucam się w kierunku Raven, kiedy w moim kierunku leci kolejny wazon. Obejmuję mocno jej drobne ramiona i przyciskam do siebie. Raven uderza pięściami w moją klatę i krzyczy.
-Przestań! Raven, przestań!- Zza jej ust wydobywa się szloch.- Wiedziałeś! Znałeś prawdę od samego początku! Nienawidzę cię!- Przytulam ją mocno i trzymam. Trzymam aż przestaje się wyrywać.
-Ciii. Nie mów tak. Wiesz że zrobiłbym dla Ciebie wszystko. Zobaczyłaś jak Alice mnie całuje, a potem zniknęłaś, a ja byłem tak cholernie przerażony, że już Cię nie zobaczę. I wtedy zrozumiałem że to co do ciebie czuje nie jest jakimś zwyczajnym zauroczeniem, że kocham Cię tak naprawdę. Zrozumiałem że jesteś moim sercem, Raven, a ja umrę jeśli Cię nie odzyskam, no bo jak można żyć bez serca?
Dziewczyna milczy przez kilka minut, a potem odsuwa się.
-Chce iść do domu.- Oznajmia, nie patrząc na mnie. Przy ostatnim słowie jej głos załamuje się. Wzdycham i idę za nią zgarniając kluczyki ze stolika.
Raven
Nie patrząc na Briana, wysiadam z samochodu i szybkim krokiem zmierzam do domu. Jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona. Moja głowa zachowuje się tak jakby miała eksplodować, a każdy głośniejszy dźwięk sprawia, że mam wrażenie jakby tysiące igieł wbijało mi się w głowę. Otwieram białe drzwi wejściowe i natychmiast udaję się do swojego pokoju. Chce być sama. Chce...
-Raven. Już, wróciłaś skarbie? - Zamieram. Jestem cholernie przerażona. Cały przód mojego ubrania pokrywa krew, a na mojej głowie jest zaszyta rana. Jak ja to wyjaśnię?
-Tak.- Improwizuje. Nie wiem, ile prawdy znają moi rodzice.
-Brian mówił że wrócicie z wycieczki dopiero za 2 dni.- Wycieczka? Jaka wycieczka? Cholerny skubaniec. Razem z tym swoim gangiem zatuszował moje zniknięcie.
-Umm. Tak. Brian i ja mieliśmy małą sprzeczkę, więc wróciłam wcześniej. Po prostu uznałam że to bez sensu i ... Wybacz, mamo. Jestem zmęczona położę się, już.
-Oczywiście. Porozmawiamy jutro. Dobranoc, Raven.
- Dobranoc.- Wybąkuje i czym prędzej znikam w pokoju. Zamykam drzwi na klucz i udaję się do łazienki. Dopiero teraz mam szanse się sobie przyjrzeć. Mam na sobie szarą bokserkę, jeansy i czarne trampki. Żadna z tych rzeczy nie należy do mnie. Zdejmuję szarą bokserkę, która pokrywa zaschnięta krew, a zaraz po niej buty i spodnie. Wrzucam je do czarnego worka, który ukrywam w swojej szafie. Nie łatwo jest coś ukryć, kiedy mieszka się w Białym Domu. Wchodzę pod prysznic i opłukuje ciało z zaschniętej krwi. Wspomnienia minionych godzin wracają, kiedy chce założyć koszulkę Briana w której ostatnio spałam. Mimo wahania zakładam ją i wślizguję się pod kołdrę. Dopiero tam uwalniam zebrane we mnie emocje, które wydostają się w postaci łez i krzyku zduszonym przez poduszkę. Nie chce już więcej cierpieć. Nie chce już więcej czuć tego co czułam, kiedy dowiedziałam się że Rafe i Byron nie żyją. Nie chce tego bólu. Tak łatwo było by wszystko zakończyć. Wystarczyłaby jedna żyletka i kilka tabletek nasennych, które ukryłam w pokoju Rafe, dwa lata temu. Nie mogę tego zrobić. Odejście byłoby zbyt łatwe. Muszę teraz podjąć decyzje, która zaważy nie tylko na moim życiu, ale także życiu Briana, Byrona i mojego brata. Kłamca i dwa żywe trupy. Czy kiedykolwiek wybaczę Byronowi i Rafe? Że przez swoją śmierć, prawie mnie zabili? Że zdusili niewinny płomień przyszłego życia? Mam świadomość że moja decyzja może zmienić nasze życie, niektórym może je nawet odebrać. Wycieram twarz z łez i zamykam oczy, a kiedy zaczynam już śnić, przypominam sobie o małym chłopcu, o czarnych włosach i szarych oczach. Wymawiam jedno słowo, które ucieka w świat razem z wydychanym przeze mnie powietrzem.
-Alan.
___________________________________________________________________
Tadam! Oto i kolejny! Nie będę się zbytnio rozpisywać. Znowu namieszałam w tym rozdziale, a zamierzam jeszcze więcej, to wam obiecuje. Gdyby były jakieś pytania postaram się na nie odpowiedzieć pod następnym rozdziałem, a tym czasem proszę o wasze komentarze i opinie.
sobota, 21 marca 2015
19.
Budzi
mnie lodowata ciecz, gwałtownie wylana na moją głowę. Woda spływa po mojej
głowie, twarzy i kapie na podłogę, tworząc czerwonawą kałużę.
-
Wstawaj, moja słodka.- Natychmiast przytomnieje na dźwięk głosu mężczyzny,
który cmoka z niezadowoleniem.- Opatrzcie ją, miłość boską! To dopiero było by
żałosne, gdyby umarła z powodu znacznej utraty krwi. Zobaczymy się za chwilę
moja droga.- Mimo iż opuścił pokój czuje w nim czyjąś obecność.
-Wiem,
że tu jesteś.- Kiedy mój głos stał się tak słaby i ochrypły?
-To
dobrze, to znaczy że Twój mózg wciąż pracuje. Że jesteś w stanie gotowości.
Była byś świetnym żołnierzem.- Znowu głos mężczyzny, jednak mój umysł
rozpoznaje Jorana, brata Alice z którym ta wcześniej się kłóciła. Boże, ile
czasu minęło od mojego zniknięcia? Słyszę jak zbliża się do mnie i mimowolnie
podskakuje.
-Spokojnie.
Zamierzam Cię opatrzyć. - Zamieram i pozwalam mu wytrzeć krew z mojego czoła.
-
Jaki jest sens utrzymywania mnie przy życiu, skoro i tak zamierzacie mnie
zabić? - Mój głos jest wciąż cichy i ochrypły, jednak zabrzmiał jakoś silniej,
bardziej pewnie. Joran milczy przez kilka minut.
-
Ma wobec Ciebie plany, chce żebyś zginęła, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.
Chce żeby twoja śmierć ich zraniła.- Domyślam się że mówi o Rafe i Byronie. Jak
oni mogą karmić mnie takimi kłamstwami i oczekiwać że w nie uwierzę? Może
jestem zraniona w głowę, może jestem trochę niezrównoważona psychicznie, co
jest urazem spowodowanym śmiercią bliskich mi osób, ale nie jestem idiotką.
Ludzie zmartwychwstają tylko na kartach powieści, nie w prawdziwym świecie.
Śmierci nie da się cofnąć.
-Kiedy?
Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila?- Wypalam, kiedy otwiera te okropne
skrzypiące drzwi, szykując się do wyjścia.
-Wkrótce.-
Drzwi zamykają się i przez chwilę jestem sama. Biorę kilka głębokich oddechów,
aby uspokoić umysł pogrążający się coraz bardziej w mgle szaleństwa. Samotność
mnie dobija. Czuje głęboki strach, nie tylko o własne życie, ale o Briana, o
moją rodzinę, która nie zniesie śmierci kolejnego dziecka. Chce poczuć na sobie
silne ramiona Briana, które obejmują mnie w czułym uścisku, maleńką dłoń Alexa
trzymającą moją. Chce usłyszeć ponownie śmiech moich rodziców, głęboki głos
ojca i stanowczy, ale łagodny głos matki. Chce zobaczyć Tammy i Drew, poczuć
przy sobie ich obecność, zanurzyć się w ich śmiechu i wzajemnej, głębokiej,
szaleńczej miłości. CHCĘ PŁAKAĆ. Chce płakać z bezsilności, z własnej głupoty,
z tego jaka byłam i tego co powinnam zmienić. Jednak muszę być silna, musi być
jakaś mała, choćby najmniejsza szansa na przeżycie, na ucieczkę.
-Nie
wierzysz w moją historię.- Oznajmia tajemniczy mężczyzna. Mimo iż nie mam
zasłoniętych oczu, nie widzę go. Mój wzrok jest rozmazany. Dlaczego on znowu
zaczyna ten temat? Nie może mnie po prostu zabić i dać mi i moim bliskim
spokój?
-Dlaczego
miałabym to robić? Twierdzisz że mój brat i Byron, żyją, chociaż pochowałam ich
dwa lata temu.
-Jesteś
kurewsko uparta!- Stwierdza. Jest jakby głęboko tym faktem zdziwiony, co
słychać w jego głosie. - Gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach Twój
opór uznałbym za zaletę, teraz jednak jest tylko nic nie znaczącą przeszkodą.-
Czuje że jest wkurzony. Otwieram usta by coś powiedzieć, rzucić jakąś ripostę, obrazić go, kiedy drzwi naglę się otwierają, a do pokoju wpada jakaś kobieta.
-Znaleźli
nas. Właśnie przekroczyli pierwszą bramę. Sądząc po ich prędkości będą tu za
około 30 min.- Mimo iż dokładnie nie widzę domyślam się że mężczyzna się
uśmiecha.
-Świetnie.
Każ mi dostarczyć w ciągu dwóch minut Vision 19.- Kobieta kiwa głową i znika.
-Jadą
po Ciebie, lecz na Twoim miejscu bym się zbytnio nie cieszył. Nie opuścisz z
nimi tego miejsca.- Wzrusza ramionami.- No, przynajmniej nie żywa.- Staram się
nie panikować, że właśnie usłyszałam że umrę, tylko staram się myśleć
logicznie.
Jak by to było możliwe. Biorę kilka uspokajających wdechów.
Jak by to było możliwe. Biorę kilka uspokajających wdechów.
-Czym
jest Vision 19?- Pytam bez ogródek .
-Jest
środkiem wyprodukowanym przez moich chemików. Stymuluje mózg, sprawia że życie
dosłownie przemija Ci przed oczami. Nie tylko te dobre chwilę, ale też te złe,
szczególnie te złe, sprawia że przeżywasz wszystko ponownie. Jeden zastrzyk
wywołuje w twoim mózgu trzy fazy. Pierwsza powoduje utratę przytomności na
kilka minut, podczas której jak wspomniałem wcześniej przeżyjesz niektóre
chwilę ponownie te, które wyryły się w Twoim umyśle. Kolejna faza powoduje
zmianę postrzegania przez Ciebie rzeczywistości. Przestajesz rozróżniać
rzeczywistość od rzeczy, które dzieją się w twojej głowie. Ostatnia to..- Przerywają mu otwierające się
drzwi, w których pojawia się kobieta w lekarskim kitlu. Podchodzi do mnie i
siłą przechyla mi głowę. Chcę walczyć, ale nie mogę, nie mam siły. Kobieta
wbija po prostu igłę w moją szyję i naciska tłok strzykawki. Kiedy wychodzi z
pokoju, potrząsam głową, chcąc pozbyć się dziwnego odrętwienia.
-
Co do ostatniej fazy sama się niedługo przekonasz.- Moje powieki robią się
ciężkie, tak ciężkie że trudno jest mi utrzymać je otwarte.- Ciesz się swoimi
wspomnieniami, Raven, osobami, które ponownie w nich spotkasz, ponieważ, wierz
mi nie będzie Ci dane ich ponownie zobaczyć.- Moje powieki opadają, a ciało
osuwa się bezwładnie na ziemię. Jak przez mgłę docierają do mnie słowa mężczyzny:-
Oni będą Cię widzieć. Będą widzieć jak cierpisz, jak umierasz i nic nie będą
mogli zrobić. To właśnie jest piękne. Będą cierpieć bardziej niż Ty...
Ciemność.
Otacza mnie ze wszystkich stron. Gdzie jestem? Co się stało? Mrugam odpędzając
łzy i wtedy światło mnie oślepia. Opieram się rękami o gładką, zimną
powierzchnie szyby zza której widzę mojego bladego bliźniaka, podłączonego do
różnych maszyn. Odrywam się od szyby i podążam przez pusty, biały hol w
kierunku uchylonych drzwi. Czuje znajomy zapach środka odkażającego, który
drażni mnie w nos. Zaglądam przez szparę w drzwiach i widzę moich rodziców,
rozmawiających z nieznajomym. Lekarz. Nieznajomy jest lekarzem.
-Co
chce pan przez to powiedzieć?- Mama odzywa się podniesionym głosem.
-Wciąż
nie ma dawcy, a bez dawcy...- Lekarz urywa.
-Co?!
Że mój syn umrze?!- Nie.-Szepcze. Nie ma dawcy. Rafe umrze. Rafe potrzebuje
serca. Odsuwam się cicho od drzwi i zapłakana wchodzę do pokoju brata. Unoszę
jego bladą dłoń do ust i składam na jej wnętrzu pocałunek.
-Przeżyjesz,
Rafe. Dostaniesz serce.
Świat
się rozmywa. Słyszę duden, gwizd pociągu i mocne uderzenie, czuje ciężar obcego
ciała na swoim.
-Nie
pozwolę Ci umrzeć!!- Słyszę znajomy głos. Wizja rozmywa się na chwilę, a kiedy
spoglądam w górę i widzę nad sobą czarnowłosego o delikatnie brązowej skórze
chłopaka z ręką wyciągniętą w moim kierunku.
-Jestem
Byron...- Nagle chłopak przede mną się zmienia i widzę blondyna,
którego głos nachodzi na głos poprzedniego chłopaka.- ...Brian.- Brian? Byron?
Rafe? Co się dzieje?
-Wynoś
się! Nie chce Cię znać!- Słyszę swój własny głos. Znowu otacza mnie ciemność z
której wciąż słychać mój głos.- Nie!! Kłamiesz oni żyją!
-Ja,
chce umrzeć! Nie widzisz tego?!
-Kocham
Cię!- Słyszę dwa męskie głosy nakładające się na siebie podczas wymawiania tych
słów. Widzę dwóch zupełnie różnych nastolatków, jeden jest blondynem o opalonej
skórze i zielonych oczach, a drugi jest zupełnym przeciwieństwem pierwszego. Ma
delikatnie brązową skórę, czarne włosy i brązowe oczy.
Znikają
tak nagle jak się pojawili. Patrzę w dół i widzę krew spływającą po moich
nadgarstkach. Przyciskam do jednej z ran dłoń,a wzrokiem szukam czegoś czym
mogłabym zatamować krwawienie. Zauważam ręczniki. Chce do nich podejść, lecz
naglę uchodzi ze mnie siła wraz z wypływającą krwią i padam na podłogę. Krew
natychmiast pokrywa białe kafelki, a ja zaczynam płakać. Kto mi to zrobił? Ja
nie chce umierać. Nie mogę zostawiać, mojej rodziny i Briana. Kto się nimi
zajmie, kiedy odejdę? Zza moich ust wydostaje się szloch i przez chwilę panuje
ciemność. A potem otwieram oczy. Mój wzrok wrócił do normalności i widzę teraz
dobrze i wyraźnie. Po raz pierwszy mam szansę przyjrzeć się pokojowi w którym
się znajduję. Jest duży, znajduje się w nim stół, dwa krzesła oraz kanapa.
Przeczesuje ściany w poszukiwaniu kamer i znajduje tylko jedną w rogu pokoju.
Spoglądam na kanapę i zauważam że siedzi na niej dziewczyna. Dlaczego wcześniej
jej nie zauważyłam?
-Kim
jesteś?- Pytam, a dziewczyna unosi kpiąco brew. -Znasz odpowiedź na to pytanie,
Raven. Jestem tą która uratowała Twojego brata.- Patrzę na jej zadziwiająco
bladą twarz i sine usta. Nie znam jej. Pamiętała bym, gdybym ją kiedykolwiek
spotkała. Dziewczyna jest zadziwiająco do mnie podobna. Ma czarne włosy, szare
oczy i usta przypominające moje. Przykłada prawą dłoń do piersi, jakby coś ją
bolało. Już wiem kim jest.
-Zostałaś
dawcą.- Zgaduje. Czuje się jakoś dziwnie.
-Zrobiono
to wbrew mojej woli. Zabili mnie żeby ratować Twojego nędznego brata!- Krzyczy
i nagle stoi obok mnie jej twarz jest przy mojej. Czuje jej zgniły oddech.
-A
teraz ty poniesiesz za to karę.- Unosi rękę i kładzie ją na mojej głowie, którą
przechodzi ogromny ból. Zaczynają mi się pojawiać mroczki przed oczami, aż
zupełnie niespodziewanie ból znika, tak szybko jak się pojawił.
-Poniesiesz
za to karę.- Słyszę szept, jednak w pokoju nikogo nie ma.- Powinnaś zginąć, dwa
lata temu!- Słyszę głosy, rozglądam się po pokoju jednak nikogo nie ma,
znikneła tajemnicza dziewczyna, jestem całkowicie sama.- Zginiesz! Będziesz
cierpieć! Wypruje flaki twojej rodzinie! Odbiorę Ci, Briana! Zabiorę Ci,
wszystko co kochasz!
-Stop!!!!!!-Krzyczę.Nie
zniosę więcej, nie zniosę tych krzyków, złowrogich szeptów. Krzyczę, aż głosy
znikają. Dopiero wtedy otwieram oczy i dostrzegam dwuletniego czarnowłosego
chłopca, o delikatnie brązowej skórze i szarych oczach. Słychać strzały z
zewnątrz. Chłopiec milczy i patrzy na mnie smutno. Po kilku minutach odzywa się
cicho.
-Nie
poznajesz mnie, mamusiu?- Dlaczego to dziecko nazywa mnie mamusią? Chłopiec siedzi przez chwilę czekając na moją
odpowiedź, a potem wstaje.
-Czekaj!-Krzyczę,
widząc że zmierza do drzwi. Zatrzymuje się obok nich i opiera o ścianę.
-Jesteś...-
Urywam, a chłopiec kiwa główką uśmiechając się przez łzy w oczach. O nie, nie,
nie! Czuje łzy zbierające się w moich oczach.
-To
nie była twoja wina, mamusiu.- Oznajmia.- Nie wiedziałaś, a ja już dawno Ci
wybaczyłem. - Pociąga noskiem.- Będę Cię chronił. Obiecuje.- Mówi, a łzy
spływają mu po policzkach. Słychać szybkie kroki zbliżające się do drzwi.
-Co mogę dla Ciebie zrobić?- Pytam płacząc razem z nim. Chłopiec zerka przerażony na drzwi.
-Nazwij mnie.-Prosi. Wtedy drzwi się otwierają i zasłaniają chłopca. W drzwiach stoi wysoki, umięśniony mężczyzna, który mierzy do mnie z broni. O Boże, więc to jest chwila, kiedy umieram. Mężczyzna odbezpiecza pistolet i wtedy pojawia się i ktoś podrzyna mu gardło. Alice. Mężczyzna pada na podłogę holu.
-Jesteśmy kwita. Niech to będzie naszą słodką tajemnicą.- Mówiąc to uśmiecha się i znika. O Boże, o Boże. Co się dzieje? Nie mogę oderwać wzroku od martwego ciała mężczyzny, którego krew pokrywa podłogę holu, jednak wciąż się zastanawiam, gdzie on jest? Czy chłopiec jest bezpieczny za drzwiami? Czy widzi krew płynącą blisko nich? Czy jest przerażony tak bardzo jak ja? Do moich uszu dobiega dziwny duden, któremu nie przestają towarzyszyć strzały z broni. Mój dziwnie powolny mózg rozpoznaje je jako kroki biegnącego człowieka. Czy on już wie? Wie co zrobiła Alice i wysłał kogoś innego by mnie zabił?
-Co mogę dla Ciebie zrobić?- Pytam płacząc razem z nim. Chłopiec zerka przerażony na drzwi.
-Nazwij mnie.-Prosi. Wtedy drzwi się otwierają i zasłaniają chłopca. W drzwiach stoi wysoki, umięśniony mężczyzna, który mierzy do mnie z broni. O Boże, więc to jest chwila, kiedy umieram. Mężczyzna odbezpiecza pistolet i wtedy pojawia się i ktoś podrzyna mu gardło. Alice. Mężczyzna pada na podłogę holu.
-Jesteśmy kwita. Niech to będzie naszą słodką tajemnicą.- Mówiąc to uśmiecha się i znika. O Boże, o Boże. Co się dzieje? Nie mogę oderwać wzroku od martwego ciała mężczyzny, którego krew pokrywa podłogę holu, jednak wciąż się zastanawiam, gdzie on jest? Czy chłopiec jest bezpieczny za drzwiami? Czy widzi krew płynącą blisko nich? Czy jest przerażony tak bardzo jak ja? Do moich uszu dobiega dziwny duden, któremu nie przestają towarzyszyć strzały z broni. Mój dziwnie powolny mózg rozpoznaje je jako kroki biegnącego człowieka. Czy on już wie? Wie co zrobiła Alice i wysłał kogoś innego by mnie zabił?
-Raven!-
Otwieram szeroko oczy słysząc znajomy głos. Głos, który pokochałam od chwili,
kiedy usłyszałam go po raz pierwszy. Powoli unoszę głowę i widzę go. Mojego
ukochanego. Briana. W jego oczach widzę ulgę, kiedy przeskakuje ciało i rzuca
się by mnie rozwiązać. Coś się w nim zmieniło. Wygląda na dzikiego, wręcz
niebezpiecznego zdolnego skrzywdzić wszystko i wszystkich by mnie stąd
wydostać. Może to przez jego stój. Przekręcam głowę w w prawo i przyglądam się
mu. Brian jest ubrany w białą koszulkę na krótki rękaw, doskonale opinającą
jego twarde mięśnie, czarne długie spodnie i czarne skórzane trapery. Sprawdza
szybko moją ranę na głowie i jednym sprawnym ruchem stawia mnie na nogi i
ciągnie w kierunku wyjścia przy którym leżą zakrwawione zwłoki mężczyzny.
Dopiero wtedy, gdy spoglądam na drzwi przypominam sobie o chłopcu ukrytym za
nimi.
-Czekaj!-
Wciskam nogi w ziemię i wyrywam się Brianowi. Odpycham niezwykle ciężkie drzwi,
chcąc wyciągnąć zza nich chłopca, lecz kiedy mi się to udaje dostrzegam że go
za nimi nie ma. To nie możliwe.-Co
ty wyprawiasz, Raven?!- Ryknął na mnie Brian.- Chodź.- Łapie mnie w tali i
przenosi nad ciałem mężczyzny, nad kałużą krwi. Pozwalam mu na to i po chwili
biegniemy razem trzymając się za ręce, Brian robiący długie szybkie kroki i ja
biegnąca trochę w tyle. Jestem otumaniona, zdziwiona, przerażona i jakby tego
było mało to właśnie w tej chwili zauważam w dłoni Briana broń, którą unosi i
strzela ponad moją głową. Słyszę jak kula uderza w ciało, które natychmiast
pada na ziemie. Cholera. Patrzę na chłopaka biegnącego obok mnie, który wygląda
na starszego, bardziej dojrzałego niż kiedy widziałam go ostatnim razem i
zadaje sobie pytanie czy to jest ten sam chłopak, którego zostawiłam w klubie
po tym jak przyłapałam go na pocałunku z Alice. Czy na pewno go znam? Brian
zatrzymuje się nagle i osłania mnie swoim ciałem jednocześnie mierząc do
mężczyzny, który celuje w naszym kierunku. Ku mojej uldze obydwoje opuszczają
broń, Brian wypuszcza z siebie powietrze, a czarnowłosy mężczyzna unosi do ust
krótkofalówkę i mówi: -Mamy
ją. Zabierajcie stąd swoje tyłki.- Kieruje swoje spojrzenie na pomieszczenie,
które kiedyś musiało być ogromnym salonem i jego widok wprawia mnie w
przerażenie jakiego jeszcze nigdy nie doznałam.-Raven,
nie patrz tam!- Rozkazuje Brian przyciskając mnie do swojej piersi jednak jest
już za późno. Wszędzie są ciała i krew, pokrywająca wszystko od podłogi po okna
i sufit. Próbuje bezskutecznie odepchnąć go od siebie, krzycząc: - Kim ty
jesteś?Wciąż
krzyczę i wyrywam się, kiedy Brian bierze mnie w ramiona i biegnie za
mężczyzną, który wydaje się być jego szefem. Boże, czy Brian należy do jakiegoś
gangu? Wreszcie udaje mi się wyrwać z objęć Briana i padam na ciężko na
podłogę. Szybko odsuwam się pod chyba jedyną czystą ścianę w tym domu.-Raven...-
Zaczyna Brian, podchodząc do mnie.- Nie podchodź, nie podchodź! Zostaw mnie w
spokoju! Kim ty w ogóle jesteś?!- Zaczynam panikować wydzierając się w niebo
głosy. Coś jest ze mną nie tak, to na pewno da się jakoś logicznie wytłumaczyć.
Mój troskliwy Brian nigdy by nikogo nie zabił. To pewnie tylko sen, po środku,
który wstrzyknęła mi tamta kobieta.To tylko koszmar. Czuje się dziwnie, głowa
zaczyna mi pulsować. Boję się ich wszystkich, chce żeby sobie poszli. Chcę żeby
zostawili mnie w spokoju. Są niebezpieczni. Szczególnie niebezpiecznym wydaje
się być blondyn o imieniu Brian. Dlaczego oni mnie krzywdzą? W mojej głowie roi
się od obcych głosów, które sprawiają że chcę ponownie wrzeszczeć, byle by
zniknęły jednak milczę, a łzy spływają po moich policzkach. Jednak głosy są
dobre,sprawiają że widzę ludzi takimi jakimi są naprawdę. Przyciskam dłonie do
uszu wciąż powtarzając słowo: Przestańcie i unoszę głowę. To co widzę sprawia
że zaczynam krzyczeć.
________________________________________________________________________
Ta dam! I oto jest nowy, prawie jak wyprany w Perwollu, rozdział! Jak obiecywałam jest jeszcze więcej zamieszania i życiowych rozterek Raven. Wszystko to co znała okazuje się być inne niż oczekiwała. Wiele jeszcze się wydarzy w następnych rozdziałach i mam nadzieje że zachęciłam tym rozdziałem, was do dalszego czytania. Proszę o komentarze i wasze opinie.
________________________________________________________________________
Ta dam! I oto jest nowy, prawie jak wyprany w Perwollu, rozdział! Jak obiecywałam jest jeszcze więcej zamieszania i życiowych rozterek Raven. Wszystko to co znała okazuje się być inne niż oczekiwała. Wiele jeszcze się wydarzy w następnych rozdziałach i mam nadzieje że zachęciłam tym rozdziałem, was do dalszego czytania. Proszę o komentarze i wasze opinie.
niedziela, 22 lutego 2015
18.
-
Więc, Brianie, mieszkasz sam?- Pyta po raz któryś tego wieczoru tata. Brian
kiwa głową.- Tak przeprowadziłem się kilka miesięcy temu z Chicago.
-A
Twoi rodzice?- Cholera zaraz go uduszę. Dlaczego on jest taki ciekawski?
Dlaczego go przesłuchuje?
Brian
zamiera na sekundę, a potem odpowiada. Jezu. Jestem taka zażenowana. I pomyśleć
że człowiek siedzący u szczytu stołu jest prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Rodzice zdają się nie zauważyć jego wahania, jednak nie ja.
-Moi
rodzice dużo podróżują, ale najczęściej przebywają w Palermo na Sycylii, gdzie
mają jedną z głównych fili ich firmy.
-Dubrinski
Enteprises Holdings Inc?- Brian potakuje. Widzę po wyrazie jego twarzy że jest
skrępowany rozmową o jego rodzinie. Wiem że muszę przyjść mu z ratunkiem, ale
do cholery, nie wiedziałam że rodzice Briana są miliarderami! Spoglądam na
zegarek i podnoszę się szybko, uderzając się otwartą dłonią w czoło.
-
Brian! Za 10 min zaczyna się przyjęcie u Alison! Musimy natychmiast iść jeśli
nie chcemy się spóźnić!- Brian przyjmuje koło ratunkowe, jakie mu rzucam.
-Ach,
rzeczywiście. –Wstaje od stołu.- Miło było państwa poznać.- Żegna się z moimi
rodzicami.
-Ciebie
również, Brianie. Mam nadzieję że odwiedzisz nas jeszcze.- Mówi mama.
-
Z przyjemnością.- Odpiera Brian z uśmiechem od którego miękną kolana. Po
wyrazie twarzy mamy widzę że jest zadowolona z mojego wyboru.
-Wrócę
niedługo.- Całe szczęście że przed kolacją przebrałam się w lawendową, zwiewną
sukienkę z dekoltem, więc wygląd potwierdza nasz udział w wymyślonym przeze
mnie przyjęciu. Doskonale wiem, że gdyby nie mój strój rodzice by nie uwierzyli
w bajeczkę o przyjęciu. Wychodzimy w ciepłe letnie powietrze. Zatrzymuje się i
biorę głęboki wdech pozwalając powietrzu owiać moją odkrytą skórę. Brian
obejmuje mnie ciepłym, umięśnionym ramieniem i prowadzi przez piaskową drogę do
bramy. Wychodzimy na chodnik i wsiadamy do samochodu. Tam Brian całuje mnie
delikatnie i opiera swoje czoło o moje. Nasze oddechy mieszają się.
-Dziękuje.-Szepcze.-
Dziękuje.-Całuje mnie jeszcze raz i zamyślony prowadzi samochód. Jedziemy w
ciszy kilka minut, aż wreszcie Brian zatrzymuje samochód. Wysiadamy i łapię
dłoń Briana. Idziemy powoli w kierunku parku. Wokół panuje ciemność więc patrzę
uważnie na drogę czy nie potknę się o coś lub w coś nie wejdę. Brian siada na
ławce i wciąga mnie na swoje kolana.- Dziękuje.- Szepcze. Wiem za co dziękuje.
Za to że jestem przy nim, za to że uratowałam go przed rodzicami, za to że nie
pytam, za to że rozumiem. Jak mogłabym go nie rozumieć, kiedy posiadam swoje
własne sekrety, które muszę chronić i ukrywać.
-Rozumiem.-
Mówię po prostu. Opieram głowę o jego ramię, a Brian obejmuje mnie mocno
ramionami. – Zasługujesz by wiedzieć. Nie chce nic przed Tobą ukrywać. Jestem
gotowy odsłonić przed Tobą swoją duszę, powierzyć Ci swoje sekrety. Mam
nadzieje że, kiedyś i ty to zrobisz, ale chcę żebyś wiedziała że nie będę
naciskał. Ufam Ci i Cię kocham. Zawszę będę Cię chronił, Raven.- Odbiera mi
mowę ze wzruszenia. Oto Brian. Mój chłopak, który jest gotów wyjawić wszystkie
swoje sekrety, kochać mnie, chronić przed całym złem tego świata, nie oczekując
niczego w zamian. Po raz pierwszy od dwóch lat czuje coś co nie jest bólem. Co
nie jest cierpieniem. Czuje miłość. Miłość do Briana. Kocham go. Po raz
pierwszy to przyznaje przed sobą. Kocham Briana. Jednak on jest nieświadomy
moich rozmyślań i zaczyna opowiadać swoją historię.
-
Kiedy miałem 13 lat, mój starszy brat został porwany. Pamiętam jak rodzice
dostali list z żądaniem okupu. Byli przerażeni, zresztą wszyscy byliśmy, ale
chcieli zapłacić porywaczom byle Lucas zdrowy wrócił do domu. Włoska policja
była przeciwna, chcieli zastawić na nich pułapkę. Rodzice się nie zgodzili,
czego później pożałowali. Zostawili pieniądze w wybranym przez porywaczy
miejscu. Mijały dni, Lucas nie wracał i nie było wiadomości od jego porywaczy.
Aż kilka dni po ostatnim telefonie porywacze Lucasa zostawili wiadomość, gdzie
przebywa mój brat. Rodzice pojechali pod wskazany adres i znaleźli ... ciało
Lucasa. Jego twarz była zmasakrowana, ale ojciec zidentyfikował ciało mojego
brata. Kilka dni później pochowaliśmy Lucasa, a moi rodzice i ja oddaliliśmy
się od siebie. Trwało to dni, tygodnie, miesiące, aż przestało mnie łączyć z
nimi wszystko z wyjątkiem krwi. Kiedy skończyłem 18 lat wyjechałem z Włoch i
wróciłem, tutaj. Do Ameryki.
-Ja...
-Nie
musisz nic mówić. -Przerywa mi.- Po prostu pozwól mi się przytulić.- Opieram
głowę na jego ramieniu, a Brian obejmuje mnie mocno.
-Dość
tych smętów. Za pięć dni dwoje urodziny. Powinniśmy to uczcić. Jutro.- Mówi po
kilku minutach.
-Jutro?-
Patrzę na niego.
-Tak.
W dniu twoich urodzin, zamierzam Cię porwać na kilka dni. Oczywiście twoi
rodzice już znają moje plany. To nie tak, że mogę sobie zabrać córkę prezydenta
na kilka dni.- Prycha.
-
Jutro nie mogę się wyrwać do 20. Ojciec ma jakieś ważne przemówienie na którym
muszę być. Nawet zabierają ze sobą małego szaleńca, jakim jest mój brat. -
Przewracam oczami.
-Więc
o 21?
-Okey.-Zgadzam
się.
-Okey.-Powtarza.-
Może Tammy i Drew, dadzą się namówić?
-
Jutro jest piątek. Wierz mi, nie trzeba będzie ich namawiać.
Następnego
dnia
-...
bo razem jesteśmy nie zwyciężeni.- Tymi słowami tata kończy swoje przemówienie.
Nareszcie. Trwało ono wyjątkowo długo, a małego szaleńca prawie rozsadzała
nagromadzona energia. Prawdę mówiąc mnie też. Byłam podekscytowana pomysłem
wyjścia do klubu. Jednak starałam się wyglądać na spokojną i opanowaną. Jakby
bycie tu było rzeczą, której najbardziej na świecie pragnę. Kiedy byłam wolna,
natychmiast pobiegłam do swojego pokoju,aby zacząć mało skomplikowaną
procedurę, jaką było przebieranie się na dyskotekę. Już w ciągu 15 minut byłam
gotowa i prawie zbiegłam w szpilkach po schodach, co jest dla mnie nie lada wyczynem.
Wsiadam do samochodu Rafe ( mojego samochodu) i czuje gule w gardle. Otoczył
mnie znajomy zapach, spod siedzenia pasażera widać było róg jednej z
ulubionych płyt mojego brata. Podnoszę ją i widzę znajome pismo na opakowaniu.
Nie. Nie mogę pozwolić przeszłości by mnie ciągle nawiedzała i powoli niszczyła
moją przyszłość. Odkładam płytę do schowka bez ponownego patrzenia na nią.
Odpalam samochód i wyjeżdżam z parkingu. Przejeżdżam przez ciemne ulicę,
światła latarni odbijają się w szybach. Pozwalam moim myślą błądzić, spokojnie
jadąc przez ciemny asfalt. Niestety muszę zaparkować spory kawałek od klubu i
pokonać kilka przecznic na pieszo. Kilka minut później wchodzę już to
klimatyzowanego wnętrza klubu. Wchodzę między tańczący tłum i rozglądam się za Brianem
oraz moimi przyjaciółmi. Po kilku chwilach zauważam go. Jego lśniące, blond
włosy, umięśnioną sylwetkę. O Boże. Jak ja go kocham. Dlaczego wcześniej tego
nie zauważałam? Wtedy w zwolnionym tempie odwraca się, a ja widzę w jego
ramionach dziewczynę. Nie to nie może być Brian. Patrzę na twarz blond włosego
chłopaka i wiem że się nie pomyliłam. To jest Brian. A w jego ramionach jest
Alice. Zaczynam się cofać, w oczach czuje łzy. Nie mogę w to uwierzyć. Zaledwie
kilka dni temu wyznał mi miłość,a teraz całuje inną. I to nie byle jaką
dziewczynę! Odwracam się i wpadam na kogoś.
-Raven.
Czekaliśmy...- Tym kimś okazuje się Drew. Tammy tkwi przy jego boku.
Przyjaciółka prawie natychmiast zauważa w moich oczach łzy, a uśmiech schodzi
jej z ust. Wymijam ich i zmierzam w kierunku łazienki, którą zauważyłam
wchodząc. Tam wycieram oczy i podejmuje szybką decyzję o opuszczeniu klubu. Idę
ciemną ulicą mijając długą kolejkę do klubu. Jak mogłam być taka głupia? Jak
mogłam nic nie zauważyć? Jak mogłam go pokochać? Myślałam że nie jest taki jak
wszyscy mężczyźni. Inny. Myślałam że mogę mu ufać, pozwolić sobie zakochać się
w nim, a tym czasem znajduję go w ramionach innej. Może to nie tak jak myślę?
Może Alice chciała go uwieść i rzuciła się na niego akurat wtedy, kiedy weszłam?
Powinnam była po rozmawiać z Brianem, a nie uciekać jak tchórz. Popełniam wciąż
te same błędy. Czy związek z Byronem niczego mnie nie nauczył? Myślałam że
zrozumiałam że nie mogę uciekać od konfrontacji. Że trzeba załatwić problem od
razu, nie rozdzielić się, kiedy napięcie istnieje między dwoma osobami. Jestem
zupełnie sama na ulicy, słychać tylko postukiwania moich obcasów. Spuszczam
wzrok na chodnik i wsadzam ręce w kieszenie mojej skórzanej kurtki. Pogrążona w
rozmyślaniach przemierzam kolejne metry i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę
że nie jestem sama. Że ktoś za mną idzie. Moje serce uderza mocno o moją pierś.
Nie panikuj, Raven. Spoglądam przez ramię i widzę wysokiego umięśnionego
mężczyznę. Trzyma się mroku, unikając świateł latarni. Mimo iż nie widzę jego
twarzy, widzę jego drapieżny uśmiech. Postanawiam iść okrężną drogą do mojego
samochodu, gdzieś tu niedaleko powinna być otwarta knajpka. Mogę się w niej
zatrzymać przez chwilę i poczekać aż ten typ sobie pójdzie. Nie mam pewności że
on mnie śledzi, ale to nie był dobry pomysł, abym szła sama. Powinnam była
poczekać na Tammy i Drew. Skręcam i przyśpieszam. Staram się poruszać jak
najszybciej, jednak moje szpilki strasznie to utrudniają. Spoglądam przez ramię
i przez chwilę go nie widzę, a potem On wychodzi zza zakrętu. Cholera, cholera,
cholera. Przyśpieszam jeszcze bardziej, od czego zaczynają boleć mnie stopy.
Zaczyna dzwonić moja komórka. Brian. Jestem na niego wściekała, ale jestem też
cholernie przerażona tym typem.
-Brian?
Słyszę
jak wzdycha głośno. Ulżyło mu.
-Cholera,
Raven. Gdzie jesteś? To nie tak jak myślisz. Ona po prostu...
-Chyba
ktoś mnie śledzi.- Szepczę.
-Co??
Gdzie jesteś?
-Szłam
do samochodu i po chwili go zauważyłam. Ja... Nie mogę rozmawiać. Postaram się
ukryć. Jestem na 231 Privett Drive.
-
Ukryj się i nie rozłączaj.
Mijam
kolejny zakręt i szybko chowam się w zaułku. Zasłaniam ręką usta i opieram się
o ścianę. Staram się uspokoić i skupić, może usłyszę jego kroki. Mija kilka
chwil, a tajemniczego typa wciąż nie słychać. I wtedy robię to co zazwyczaj
robią w horrorach. Wyglądam zza ściany. Nie ma go. Przeczesuje spojrzeniem
ulicę i wypuszczam powietrze. Nie zdawałam sobie sprawy że wstrzymuje oddech, a
komórkę przyciskam do piersi. Chowam się z powrotem i zerkam w kierunku wnętrza
zaułka w którym się schroniłam. I wtedy ktoś uderza mnie w głowę. Padam na
ziemię i tracę przytomność.
Brian
-Raven?
Raven?! Cholera!- Przed chwilą usłyszałem krzyk Raven i głośne huknięcie.
Połączenie zostało przerwane. Kurwa!! Próbuje się dodzwonić do Raven. Po kilku
chwilach przełącza mnie na pocztę głosową. Wybieram numer Zeke'a.
-Taaa?-
Słyszę jego leniwy głos.
-Coś
się stało, Raven. Zobaczyła jak Alice mnie całuje i wybiegła z klub, potem
odebrała komórkę i powiedziała że ktoś ją śledzi, a po chwili usłyszałem jej
krzyk i huk i rozłączyło mnie.
-Co
ty powiedziałeś, pierdolony kutasie?! Jak to coś się stało Raven!? Miałeś ją
pilnować i chronić, a pozwoliłeś żeby kutas Tobą rządził!
-Zamknij,
mordę!- Wrzeszczę.- Powiedziała że jest 231 Privett Drive. Właśnie tam
dojeżdżam.
-
Oni Cię rozpierdolą jak się dowiedzą co się stało. Zresztą sam to zrobię jak za
2 minuty nie znajdziesz Raven! - Wzdycha głośno.- Po prostu znajdź ją Brian.
Będę za chwilę.- Rozłącza się nie pozwalając mi nic powiedzieć. Pieprzona
Alice! Cały wieczór za mną chodziła, aż wreszcie rzuciła się na mnie i zaczęła
mnie całować. Akurat wtedy kiedy weszła Raven. Mam ochotę coś rozwalić.
Wybieram numer Raven i rozglądam się po ulicy. Słyszę dzwonek jej komórki. Idę
za dźwiękiem i docieram do zaułka w którym znajduje jej komórkę, lecz po Raven
ani śladu. Podnoszę jej komórkę i zauważam na niej kroplę krwi. Rozglądam się
po ciemnym i brudnym zaułki i zauważam krew na ziemi. Nie!! Nie!! Nie! Nigdy
sobie nie wybaczę jeśli coś się stało Raven. Bezsilny łapię się za głowę i
ciągnę za blond czuprynę, a zza ust wydobywa się pełen wściekłości krzyk.
Uderzam kolanami w ziemie, wciąż krzycząc. Dopiero po chwili mój umysł
rozpoznaje dźwięk samochodu.
-Nie
ma jej. Zniknęła.- Mówię patrząc pustym wzrokiem w plamę krwi na ziemi.
-Podnoś
się, Brian. Oboje wiemy kto ją zabrał.- Spoglądam na niego.- Jeśli Gimenez jej
coś zrobi to cię zabiję. - W jego oczach odbijają się emocje. Gniew. Strach.
Nienawiść.
-Jeśli
Gimenez ją skrzywdzi to sam się zabiję. Nie będę potrzebował do tego niczyjej
pomocy. - Mówię i to jest to co mam na myśli. Jeśli coś się stanie Raven, nigdy
sobie tego nie wybaczę. Nigdy
-Zbieraj
się. Trzeba zwołać resztę.
Raven
,,
Prawda jest jak dzikie zwierzę, jest zbyt silna by pozostać w zamknięciu.''
Czuje
potworny ból głowy i ciecz spływającą mi po twarzy. Chce unieść rękę i ją
zetrzeć. Mimo dziwnego odrętwienia ciała, wiem że są one skrępowane. Powoli
odzyskuje utracone zmysły.
-
... Zamknij się, Joran! Moim zadaniem było ją sprzątnąć, kiedy tylko któryś z
nich się pojawi! - Znajomy głos jest wyraźnie wzburzony. Sprzątnąć? Mnie? Kiedy
ktoś się pojawi? O co chodzi?
-
Nie zrobiłabyś tego. Zaczęłaś okazywać współczucie, a to czyni Cię słabą.- Mimo
spokojnego tonu mężczyzny, wyczuwam w nim jakąś dziwną nutę szaleństwa. O Boże.
Gdzie ja jestem? Co się stało? Słychać dziwne klaśnięcie. Ktoś został
spoliczkowany.
-
Zrobiłabym to! Miałam zrobić to dziś, ale oczywiście się wtrąciłeś i musiałam
ją uderzyć, pieprzoną pokrywą od śmietnika! - Przypominam sobie, co zaszło tuż
przed utratą przytomności.
-
Ja cię tylko zmotywowałem, siostrzyczko. Wiem że byś to zrobiła.- Kobieta
wzdycha.
-
Nie, masz rację. Stałam się słaba. Widziałam ją codziennie, razem z jej
cierpieniem po ich śmierci i ...- Ten głos. Wiem do kogo należy. Nim zdążę się
powstrzymać biorę szybki wdech, który mnie zdradza.
-
Idź po niego. Ona się budzi.- Słyszę jak ciężkie drzwi się zamykają.
Otwieram oczy. Lecz nic nie widzę. Ciecz
spływająca mi po czole ogranicza mój wzrok.
Płyn
spływa mi po ustach i dopiero wtedy dociera do mnie że to krew. Moja krew.
Krew
wypływająca z rany na czole.
-Witaj,
Raven. Wiesz, kim jestem ?
-
Zdrajcą. Mordercą. Porywaczem.- Wypluwam z siebie słowa.- Alice.- Dodaje.
Alice
cmoka z niezadowoleniem.- Mordercą? Przecież nikogo nie zabiłam... jeszcze.-
Wybucha śmiechem, jakby właśnie powiedziała jakiś zabawny żart.
-
Moje prawdziwe imię to Alison, ale możesz nazywać mnie Alice...- Drzwi się
otwierają, a ja mrugam szybko chcąc zobaczyć coś choć przez chwilę.
-Wyjdź.
- Oznajmia nowo przybyły mężczyzna. W jego tonie słychać władzę, pewność
siebie, arogancję. Władzę. Na pierwszy rzut oka widać że to on tu rządzi. Ponownie słychać dźwięk
otwierających i zamykających się drzwi.
-
Wiesz, Raven, po córce prezydenta spodziewałem się większej... bystrości
umysłu.- Zaczyna. Mrugam szybko i przez chwilę widzę zarys umięśnionej
sylwetki.
-
Zupełnie nie wiem, dlaczego. Twój brat nie wykazał się zbytnią inteligencją.-
Co? On znał Rafe? Skąd?
-
Ale ty w przeciwieństwie do niego, nie potrafisz nic ukryć. Każda pojedyncza
emocja, jaką odczuwasz, jest widoczna na twojej twarzy.- Zbliża się do mnie.
-Tak,
znam Rafaela i znam też Byrona. Wścibskie z nich, sukinsyny. I do tego
samolubne.
-Nie
masz prawa...- Zaczynam.
-...
obrażać ich? Och, słodka Raven.- Kuca przede mną. - Nasza dwójka ma do tego
największe prawo. Okłamali swoje rodziny, okłamali Cię. A Brian był tego
częścią.
-O
czym ty mówisz?- Wysapuje. Czuje jakby żelazna dłoń ściskała moje serce.
-
Oni żyją Raven. Twój brat i Byron. To dlatego tu jesteś. Jesteś przynętą.- Nie,
nie, nie. To nie może być prawda. Oni nie żyją.
-Jesteś
kłamcą.-Mówię przez łzy.- Oni nie żyją od dwóch lat, a ty grasz tylko na moich
uczuciach.- Biorę głęboki, histeryczny wdech.
-Pozwól
że opowiem Ci tę historię. Dawno, dawno temu...- Przerywa.- A zresztą darujmy
sobię początek. Dwa lata temu twój brat zabrał mi coś. Byłem bardzo, bardzo zły
i nie mogłem mu tego darować. Wysłałem więc za nim swoich ludzi, aby pozbyli
się tych dwóch natrętów, którzy ani nie chcieli się do mnie przyłączyć, ani
umrzeć jak się okazało. No więc tego pięknego słonecznego dnia, Rafael i Byron,
jechali jednym z wozów twojego braciszka.- Przerywa.
-
Moi ludzie staranowali ich na pustkowiu, kiedy wieźli przesyłkę Zeke'owi. I wtedy bum. Tiuningowane autko twojego
brata wybuchło, a ja byłem wniebowzięty, kiedy dostarczono mi wiadomość o ich
śmierci. Och, do dziś pamiętam jak słodkie było zwycięstwo. Kilka dni później
odbył się ich pogrzeb, a do prasy dotarła wiadomość o próbie samobójczej
bliźniaczki Rafaela. Byłem taki szczęśliwy.- Wzdycha teatralnie.- Ale jesteś w
końcu jego siostrą i nie chciałaś umrzeć. Miesiąc później dostarczono mi
wiadomość że widziano Byrona. Byłem okropnie rozczarowany możliwością że on może
żyć. Zdałem sobie jednak sprawę że skoro Byron może żyć to Rafael również.
Wtedy wysłałem Alison do twojej szkoły. Prawie dwa lata później pojawił się
Brian. Pewnie wysłali go po to by miał Cię na oku.
-Przestań!-
Krzyczę. Nie mam ochoty słuchać tych kłamstw.
-
Czujesz się zdradzona, Raven? Że Brian znał prawdę, ale mimo to nic Ci nie
powiedział? Domyślam się odpowiedzi, ale teraz bądź na tyle kulturalna i daj mi
dokończyć. Wtedy bam, znowu dostałem zawiadomienie o obecności Byrona. Byłem
już pewny że jeden z nich żyje i kazałem się Ciebie pozbyć. Wiesz, chciałem
sprawić im jak największy ból. - Kiwa głową jakby mi coś tłumaczył.- Ale ty
mała dziwko również nie chciałaś zginąć. Miałaś miłość, która wciąż trzymała
Cię przy życiu i mimo iż Alison zepchnęła Cię z pieprzonej skały ty wciąż
żyłaś. I wtedy pojawił się ten nowy. Idealny kozioł ofiarny. To skierowało
podejrzenie Briana na niego, a Alison była bezpieczna. No, a potem Rafael
pojawił się w mieście, a ja zrozumiałem że chcą powiedzieć Ci prawdę. Kiedy
mieliśmy pewność że to Rafael, Alison miała Cię porwać. No, ale jak wiadomo,
nawet najlepszy plan musi mieć jakąś wadę. Tym razem był to Joran, starszy
nadopiekuńczy brat, Alison, który trochę namieszał, ale oto jesteś. I jak Ci
się podobała moja historia Raven?
-Nie
wierzę Ci! Jesteś kłamcą i nikim więcej!- Krzyczę i dostaje w twarz od
tajemniczego mężczyzny.
-To
zacznij! Rafael i Byron żyją, a ty się nie długo o tym przekonasz, mała suko.-
Słyszę jak wstaje.
-
I pamiętaj Raven. Mortem sit, et mendacium.- Mówiąc to wychodzi.
Biorę
dziesięć płytkich oddechów i wypowiadam przetłumaczone słowa mężczyzny.
-Śmierć
może być kłamstwem.
__________________________________________________________________________
I oto jest świeżutki rozdzialik skończony przed 20 minutami. Jest mega długi, abyście mi wybaczyli że tak długo musieliście czekać. No więc w tym rozdziale jest sporo zamieszania, a zapewniam was że w następnych będzie jeszcze więcej. Do następnego !
Subskrybuj:
Posty (Atom)