-
Więc, Brianie, mieszkasz sam?- Pyta po raz któryś tego wieczoru tata. Brian
kiwa głową.- Tak przeprowadziłem się kilka miesięcy temu z Chicago.
-A
Twoi rodzice?- Cholera zaraz go uduszę. Dlaczego on jest taki ciekawski?
Dlaczego go przesłuchuje?
Brian
zamiera na sekundę, a potem odpowiada. Jezu. Jestem taka zażenowana. I pomyśleć
że człowiek siedzący u szczytu stołu jest prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Rodzice zdają się nie zauważyć jego wahania, jednak nie ja.
-Moi
rodzice dużo podróżują, ale najczęściej przebywają w Palermo na Sycylii, gdzie
mają jedną z głównych fili ich firmy.
-Dubrinski
Enteprises Holdings Inc?- Brian potakuje. Widzę po wyrazie jego twarzy że jest
skrępowany rozmową o jego rodzinie. Wiem że muszę przyjść mu z ratunkiem, ale
do cholery, nie wiedziałam że rodzice Briana są miliarderami! Spoglądam na
zegarek i podnoszę się szybko, uderzając się otwartą dłonią w czoło.
-
Brian! Za 10 min zaczyna się przyjęcie u Alison! Musimy natychmiast iść jeśli
nie chcemy się spóźnić!- Brian przyjmuje koło ratunkowe, jakie mu rzucam.
-Ach,
rzeczywiście. –Wstaje od stołu.- Miło było państwa poznać.- Żegna się z moimi
rodzicami.
-Ciebie
również, Brianie. Mam nadzieję że odwiedzisz nas jeszcze.- Mówi mama.
-
Z przyjemnością.- Odpiera Brian z uśmiechem od którego miękną kolana. Po
wyrazie twarzy mamy widzę że jest zadowolona z mojego wyboru.
-Wrócę
niedługo.- Całe szczęście że przed kolacją przebrałam się w lawendową, zwiewną
sukienkę z dekoltem, więc wygląd potwierdza nasz udział w wymyślonym przeze
mnie przyjęciu. Doskonale wiem, że gdyby nie mój strój rodzice by nie uwierzyli
w bajeczkę o przyjęciu. Wychodzimy w ciepłe letnie powietrze. Zatrzymuje się i
biorę głęboki wdech pozwalając powietrzu owiać moją odkrytą skórę. Brian
obejmuje mnie ciepłym, umięśnionym ramieniem i prowadzi przez piaskową drogę do
bramy. Wychodzimy na chodnik i wsiadamy do samochodu. Tam Brian całuje mnie
delikatnie i opiera swoje czoło o moje. Nasze oddechy mieszają się.
-Dziękuje.-Szepcze.-
Dziękuje.-Całuje mnie jeszcze raz i zamyślony prowadzi samochód. Jedziemy w
ciszy kilka minut, aż wreszcie Brian zatrzymuje samochód. Wysiadamy i łapię
dłoń Briana. Idziemy powoli w kierunku parku. Wokół panuje ciemność więc patrzę
uważnie na drogę czy nie potknę się o coś lub w coś nie wejdę. Brian siada na
ławce i wciąga mnie na swoje kolana.- Dziękuje.- Szepcze. Wiem za co dziękuje.
Za to że jestem przy nim, za to że uratowałam go przed rodzicami, za to że nie
pytam, za to że rozumiem. Jak mogłabym go nie rozumieć, kiedy posiadam swoje
własne sekrety, które muszę chronić i ukrywać.
-Rozumiem.-
Mówię po prostu. Opieram głowę o jego ramię, a Brian obejmuje mnie mocno
ramionami. – Zasługujesz by wiedzieć. Nie chce nic przed Tobą ukrywać. Jestem
gotowy odsłonić przed Tobą swoją duszę, powierzyć Ci swoje sekrety. Mam
nadzieje że, kiedyś i ty to zrobisz, ale chcę żebyś wiedziała że nie będę
naciskał. Ufam Ci i Cię kocham. Zawszę będę Cię chronił, Raven.- Odbiera mi
mowę ze wzruszenia. Oto Brian. Mój chłopak, który jest gotów wyjawić wszystkie
swoje sekrety, kochać mnie, chronić przed całym złem tego świata, nie oczekując
niczego w zamian. Po raz pierwszy od dwóch lat czuje coś co nie jest bólem. Co
nie jest cierpieniem. Czuje miłość. Miłość do Briana. Kocham go. Po raz
pierwszy to przyznaje przed sobą. Kocham Briana. Jednak on jest nieświadomy
moich rozmyślań i zaczyna opowiadać swoją historię.
-
Kiedy miałem 13 lat, mój starszy brat został porwany. Pamiętam jak rodzice
dostali list z żądaniem okupu. Byli przerażeni, zresztą wszyscy byliśmy, ale
chcieli zapłacić porywaczom byle Lucas zdrowy wrócił do domu. Włoska policja
była przeciwna, chcieli zastawić na nich pułapkę. Rodzice się nie zgodzili,
czego później pożałowali. Zostawili pieniądze w wybranym przez porywaczy
miejscu. Mijały dni, Lucas nie wracał i nie było wiadomości od jego porywaczy.
Aż kilka dni po ostatnim telefonie porywacze Lucasa zostawili wiadomość, gdzie
przebywa mój brat. Rodzice pojechali pod wskazany adres i znaleźli ... ciało
Lucasa. Jego twarz była zmasakrowana, ale ojciec zidentyfikował ciało mojego
brata. Kilka dni później pochowaliśmy Lucasa, a moi rodzice i ja oddaliliśmy
się od siebie. Trwało to dni, tygodnie, miesiące, aż przestało mnie łączyć z
nimi wszystko z wyjątkiem krwi. Kiedy skończyłem 18 lat wyjechałem z Włoch i
wróciłem, tutaj. Do Ameryki.
-Ja...
-Nie
musisz nic mówić. -Przerywa mi.- Po prostu pozwól mi się przytulić.- Opieram
głowę na jego ramieniu, a Brian obejmuje mnie mocno.
-Dość
tych smętów. Za pięć dni dwoje urodziny. Powinniśmy to uczcić. Jutro.- Mówi po
kilku minutach.
-Jutro?-
Patrzę na niego.
-Tak.
W dniu twoich urodzin, zamierzam Cię porwać na kilka dni. Oczywiście twoi
rodzice już znają moje plany. To nie tak, że mogę sobie zabrać córkę prezydenta
na kilka dni.- Prycha.
-
Jutro nie mogę się wyrwać do 20. Ojciec ma jakieś ważne przemówienie na którym
muszę być. Nawet zabierają ze sobą małego szaleńca, jakim jest mój brat. -
Przewracam oczami.
-Więc
o 21?
-Okey.-Zgadzam
się.
-Okey.-Powtarza.-
Może Tammy i Drew, dadzą się namówić?
-
Jutro jest piątek. Wierz mi, nie trzeba będzie ich namawiać.
Następnego
dnia
-...
bo razem jesteśmy nie zwyciężeni.- Tymi słowami tata kończy swoje przemówienie.
Nareszcie. Trwało ono wyjątkowo długo, a małego szaleńca prawie rozsadzała
nagromadzona energia. Prawdę mówiąc mnie też. Byłam podekscytowana pomysłem
wyjścia do klubu. Jednak starałam się wyglądać na spokojną i opanowaną. Jakby
bycie tu było rzeczą, której najbardziej na świecie pragnę. Kiedy byłam wolna,
natychmiast pobiegłam do swojego pokoju,aby zacząć mało skomplikowaną
procedurę, jaką było przebieranie się na dyskotekę. Już w ciągu 15 minut byłam
gotowa i prawie zbiegłam w szpilkach po schodach, co jest dla mnie nie lada wyczynem.
Wsiadam do samochodu Rafe ( mojego samochodu) i czuje gule w gardle. Otoczył
mnie znajomy zapach, spod siedzenia pasażera widać było róg jednej z
ulubionych płyt mojego brata. Podnoszę ją i widzę znajome pismo na opakowaniu.
Nie. Nie mogę pozwolić przeszłości by mnie ciągle nawiedzała i powoli niszczyła
moją przyszłość. Odkładam płytę do schowka bez ponownego patrzenia na nią.
Odpalam samochód i wyjeżdżam z parkingu. Przejeżdżam przez ciemne ulicę,
światła latarni odbijają się w szybach. Pozwalam moim myślą błądzić, spokojnie
jadąc przez ciemny asfalt. Niestety muszę zaparkować spory kawałek od klubu i
pokonać kilka przecznic na pieszo. Kilka minut później wchodzę już to
klimatyzowanego wnętrza klubu. Wchodzę między tańczący tłum i rozglądam się za Brianem
oraz moimi przyjaciółmi. Po kilku chwilach zauważam go. Jego lśniące, blond
włosy, umięśnioną sylwetkę. O Boże. Jak ja go kocham. Dlaczego wcześniej tego
nie zauważałam? Wtedy w zwolnionym tempie odwraca się, a ja widzę w jego
ramionach dziewczynę. Nie to nie może być Brian. Patrzę na twarz blond włosego
chłopaka i wiem że się nie pomyliłam. To jest Brian. A w jego ramionach jest
Alice. Zaczynam się cofać, w oczach czuje łzy. Nie mogę w to uwierzyć. Zaledwie
kilka dni temu wyznał mi miłość,a teraz całuje inną. I to nie byle jaką
dziewczynę! Odwracam się i wpadam na kogoś.
-Raven.
Czekaliśmy...- Tym kimś okazuje się Drew. Tammy tkwi przy jego boku.
Przyjaciółka prawie natychmiast zauważa w moich oczach łzy, a uśmiech schodzi
jej z ust. Wymijam ich i zmierzam w kierunku łazienki, którą zauważyłam
wchodząc. Tam wycieram oczy i podejmuje szybką decyzję o opuszczeniu klubu. Idę
ciemną ulicą mijając długą kolejkę do klubu. Jak mogłam być taka głupia? Jak
mogłam nic nie zauważyć? Jak mogłam go pokochać? Myślałam że nie jest taki jak
wszyscy mężczyźni. Inny. Myślałam że mogę mu ufać, pozwolić sobie zakochać się
w nim, a tym czasem znajduję go w ramionach innej. Może to nie tak jak myślę?
Może Alice chciała go uwieść i rzuciła się na niego akurat wtedy, kiedy weszłam?
Powinnam była po rozmawiać z Brianem, a nie uciekać jak tchórz. Popełniam wciąż
te same błędy. Czy związek z Byronem niczego mnie nie nauczył? Myślałam że
zrozumiałam że nie mogę uciekać od konfrontacji. Że trzeba załatwić problem od
razu, nie rozdzielić się, kiedy napięcie istnieje między dwoma osobami. Jestem
zupełnie sama na ulicy, słychać tylko postukiwania moich obcasów. Spuszczam
wzrok na chodnik i wsadzam ręce w kieszenie mojej skórzanej kurtki. Pogrążona w
rozmyślaniach przemierzam kolejne metry i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę
że nie jestem sama. Że ktoś za mną idzie. Moje serce uderza mocno o moją pierś.
Nie panikuj, Raven. Spoglądam przez ramię i widzę wysokiego umięśnionego
mężczyznę. Trzyma się mroku, unikając świateł latarni. Mimo iż nie widzę jego
twarzy, widzę jego drapieżny uśmiech. Postanawiam iść okrężną drogą do mojego
samochodu, gdzieś tu niedaleko powinna być otwarta knajpka. Mogę się w niej
zatrzymać przez chwilę i poczekać aż ten typ sobie pójdzie. Nie mam pewności że
on mnie śledzi, ale to nie był dobry pomysł, abym szła sama. Powinnam była
poczekać na Tammy i Drew. Skręcam i przyśpieszam. Staram się poruszać jak
najszybciej, jednak moje szpilki strasznie to utrudniają. Spoglądam przez ramię
i przez chwilę go nie widzę, a potem On wychodzi zza zakrętu. Cholera, cholera,
cholera. Przyśpieszam jeszcze bardziej, od czego zaczynają boleć mnie stopy.
Zaczyna dzwonić moja komórka. Brian. Jestem na niego wściekała, ale jestem też
cholernie przerażona tym typem.
-Brian?
Słyszę
jak wzdycha głośno. Ulżyło mu.
-Cholera,
Raven. Gdzie jesteś? To nie tak jak myślisz. Ona po prostu...
-Chyba
ktoś mnie śledzi.- Szepczę.
-Co??
Gdzie jesteś?
-Szłam
do samochodu i po chwili go zauważyłam. Ja... Nie mogę rozmawiać. Postaram się
ukryć. Jestem na 231 Privett Drive.
-
Ukryj się i nie rozłączaj.
Mijam
kolejny zakręt i szybko chowam się w zaułku. Zasłaniam ręką usta i opieram się
o ścianę. Staram się uspokoić i skupić, może usłyszę jego kroki. Mija kilka
chwil, a tajemniczego typa wciąż nie słychać. I wtedy robię to co zazwyczaj
robią w horrorach. Wyglądam zza ściany. Nie ma go. Przeczesuje spojrzeniem
ulicę i wypuszczam powietrze. Nie zdawałam sobie sprawy że wstrzymuje oddech, a
komórkę przyciskam do piersi. Chowam się z powrotem i zerkam w kierunku wnętrza
zaułka w którym się schroniłam. I wtedy ktoś uderza mnie w głowę. Padam na
ziemię i tracę przytomność.
Brian
-Raven?
Raven?! Cholera!- Przed chwilą usłyszałem krzyk Raven i głośne huknięcie.
Połączenie zostało przerwane. Kurwa!! Próbuje się dodzwonić do Raven. Po kilku
chwilach przełącza mnie na pocztę głosową. Wybieram numer Zeke'a.
-Taaa?-
Słyszę jego leniwy głos.
-Coś
się stało, Raven. Zobaczyła jak Alice mnie całuje i wybiegła z klub, potem
odebrała komórkę i powiedziała że ktoś ją śledzi, a po chwili usłyszałem jej
krzyk i huk i rozłączyło mnie.
-Co
ty powiedziałeś, pierdolony kutasie?! Jak to coś się stało Raven!? Miałeś ją
pilnować i chronić, a pozwoliłeś żeby kutas Tobą rządził!
-Zamknij,
mordę!- Wrzeszczę.- Powiedziała że jest 231 Privett Drive. Właśnie tam
dojeżdżam.
-
Oni Cię rozpierdolą jak się dowiedzą co się stało. Zresztą sam to zrobię jak za
2 minuty nie znajdziesz Raven! - Wzdycha głośno.- Po prostu znajdź ją Brian.
Będę za chwilę.- Rozłącza się nie pozwalając mi nic powiedzieć. Pieprzona
Alice! Cały wieczór za mną chodziła, aż wreszcie rzuciła się na mnie i zaczęła
mnie całować. Akurat wtedy kiedy weszła Raven. Mam ochotę coś rozwalić.
Wybieram numer Raven i rozglądam się po ulicy. Słyszę dzwonek jej komórki. Idę
za dźwiękiem i docieram do zaułka w którym znajduje jej komórkę, lecz po Raven
ani śladu. Podnoszę jej komórkę i zauważam na niej kroplę krwi. Rozglądam się
po ciemnym i brudnym zaułki i zauważam krew na ziemi. Nie!! Nie!! Nie! Nigdy
sobie nie wybaczę jeśli coś się stało Raven. Bezsilny łapię się za głowę i
ciągnę za blond czuprynę, a zza ust wydobywa się pełen wściekłości krzyk.
Uderzam kolanami w ziemie, wciąż krzycząc. Dopiero po chwili mój umysł
rozpoznaje dźwięk samochodu.
-Nie
ma jej. Zniknęła.- Mówię patrząc pustym wzrokiem w plamę krwi na ziemi.
-Podnoś
się, Brian. Oboje wiemy kto ją zabrał.- Spoglądam na niego.- Jeśli Gimenez jej
coś zrobi to cię zabiję. - W jego oczach odbijają się emocje. Gniew. Strach.
Nienawiść.
-Jeśli
Gimenez ją skrzywdzi to sam się zabiję. Nie będę potrzebował do tego niczyjej
pomocy. - Mówię i to jest to co mam na myśli. Jeśli coś się stanie Raven, nigdy
sobie tego nie wybaczę. Nigdy
-Zbieraj
się. Trzeba zwołać resztę.
Raven
,,
Prawda jest jak dzikie zwierzę, jest zbyt silna by pozostać w zamknięciu.''
Czuje
potworny ból głowy i ciecz spływającą mi po twarzy. Chce unieść rękę i ją
zetrzeć. Mimo dziwnego odrętwienia ciała, wiem że są one skrępowane. Powoli
odzyskuje utracone zmysły.
-
... Zamknij się, Joran! Moim zadaniem było ją sprzątnąć, kiedy tylko któryś z
nich się pojawi! - Znajomy głos jest wyraźnie wzburzony. Sprzątnąć? Mnie? Kiedy
ktoś się pojawi? O co chodzi?
-
Nie zrobiłabyś tego. Zaczęłaś okazywać współczucie, a to czyni Cię słabą.- Mimo
spokojnego tonu mężczyzny, wyczuwam w nim jakąś dziwną nutę szaleństwa. O Boże.
Gdzie ja jestem? Co się stało? Słychać dziwne klaśnięcie. Ktoś został
spoliczkowany.
-
Zrobiłabym to! Miałam zrobić to dziś, ale oczywiście się wtrąciłeś i musiałam
ją uderzyć, pieprzoną pokrywą od śmietnika! - Przypominam sobie, co zaszło tuż
przed utratą przytomności.
-
Ja cię tylko zmotywowałem, siostrzyczko. Wiem że byś to zrobiła.- Kobieta
wzdycha.
-
Nie, masz rację. Stałam się słaba. Widziałam ją codziennie, razem z jej
cierpieniem po ich śmierci i ...- Ten głos. Wiem do kogo należy. Nim zdążę się
powstrzymać biorę szybki wdech, który mnie zdradza.
-
Idź po niego. Ona się budzi.- Słyszę jak ciężkie drzwi się zamykają.
Otwieram oczy. Lecz nic nie widzę. Ciecz
spływająca mi po czole ogranicza mój wzrok.
Płyn
spływa mi po ustach i dopiero wtedy dociera do mnie że to krew. Moja krew.
Krew
wypływająca z rany na czole.
-Witaj,
Raven. Wiesz, kim jestem ?
-
Zdrajcą. Mordercą. Porywaczem.- Wypluwam z siebie słowa.- Alice.- Dodaje.
Alice
cmoka z niezadowoleniem.- Mordercą? Przecież nikogo nie zabiłam... jeszcze.-
Wybucha śmiechem, jakby właśnie powiedziała jakiś zabawny żart.
-
Moje prawdziwe imię to Alison, ale możesz nazywać mnie Alice...- Drzwi się
otwierają, a ja mrugam szybko chcąc zobaczyć coś choć przez chwilę.
-Wyjdź.
- Oznajmia nowo przybyły mężczyzna. W jego tonie słychać władzę, pewność
siebie, arogancję. Władzę. Na pierwszy rzut oka widać że to on tu rządzi. Ponownie słychać dźwięk
otwierających i zamykających się drzwi.
-
Wiesz, Raven, po córce prezydenta spodziewałem się większej... bystrości
umysłu.- Zaczyna. Mrugam szybko i przez chwilę widzę zarys umięśnionej
sylwetki.
-
Zupełnie nie wiem, dlaczego. Twój brat nie wykazał się zbytnią inteligencją.-
Co? On znał Rafe? Skąd?
-
Ale ty w przeciwieństwie do niego, nie potrafisz nic ukryć. Każda pojedyncza
emocja, jaką odczuwasz, jest widoczna na twojej twarzy.- Zbliża się do mnie.
-Tak,
znam Rafaela i znam też Byrona. Wścibskie z nich, sukinsyny. I do tego
samolubne.
-Nie
masz prawa...- Zaczynam.
-...
obrażać ich? Och, słodka Raven.- Kuca przede mną. - Nasza dwójka ma do tego
największe prawo. Okłamali swoje rodziny, okłamali Cię. A Brian był tego
częścią.
-O
czym ty mówisz?- Wysapuje. Czuje jakby żelazna dłoń ściskała moje serce.
-
Oni żyją Raven. Twój brat i Byron. To dlatego tu jesteś. Jesteś przynętą.- Nie,
nie, nie. To nie może być prawda. Oni nie żyją.
-Jesteś
kłamcą.-Mówię przez łzy.- Oni nie żyją od dwóch lat, a ty grasz tylko na moich
uczuciach.- Biorę głęboki, histeryczny wdech.
-Pozwól
że opowiem Ci tę historię. Dawno, dawno temu...- Przerywa.- A zresztą darujmy
sobię początek. Dwa lata temu twój brat zabrał mi coś. Byłem bardzo, bardzo zły
i nie mogłem mu tego darować. Wysłałem więc za nim swoich ludzi, aby pozbyli
się tych dwóch natrętów, którzy ani nie chcieli się do mnie przyłączyć, ani
umrzeć jak się okazało. No więc tego pięknego słonecznego dnia, Rafael i Byron,
jechali jednym z wozów twojego braciszka.- Przerywa.
-
Moi ludzie staranowali ich na pustkowiu, kiedy wieźli przesyłkę Zeke'owi. I wtedy bum. Tiuningowane autko twojego
brata wybuchło, a ja byłem wniebowzięty, kiedy dostarczono mi wiadomość o ich
śmierci. Och, do dziś pamiętam jak słodkie było zwycięstwo. Kilka dni później
odbył się ich pogrzeb, a do prasy dotarła wiadomość o próbie samobójczej
bliźniaczki Rafaela. Byłem taki szczęśliwy.- Wzdycha teatralnie.- Ale jesteś w
końcu jego siostrą i nie chciałaś umrzeć. Miesiąc później dostarczono mi
wiadomość że widziano Byrona. Byłem okropnie rozczarowany możliwością że on może
żyć. Zdałem sobie jednak sprawę że skoro Byron może żyć to Rafael również.
Wtedy wysłałem Alison do twojej szkoły. Prawie dwa lata później pojawił się
Brian. Pewnie wysłali go po to by miał Cię na oku.
-Przestań!-
Krzyczę. Nie mam ochoty słuchać tych kłamstw.
-
Czujesz się zdradzona, Raven? Że Brian znał prawdę, ale mimo to nic Ci nie
powiedział? Domyślam się odpowiedzi, ale teraz bądź na tyle kulturalna i daj mi
dokończyć. Wtedy bam, znowu dostałem zawiadomienie o obecności Byrona. Byłem
już pewny że jeden z nich żyje i kazałem się Ciebie pozbyć. Wiesz, chciałem
sprawić im jak największy ból. - Kiwa głową jakby mi coś tłumaczył.- Ale ty
mała dziwko również nie chciałaś zginąć. Miałaś miłość, która wciąż trzymała
Cię przy życiu i mimo iż Alison zepchnęła Cię z pieprzonej skały ty wciąż
żyłaś. I wtedy pojawił się ten nowy. Idealny kozioł ofiarny. To skierowało
podejrzenie Briana na niego, a Alison była bezpieczna. No, a potem Rafael
pojawił się w mieście, a ja zrozumiałem że chcą powiedzieć Ci prawdę. Kiedy
mieliśmy pewność że to Rafael, Alison miała Cię porwać. No, ale jak wiadomo,
nawet najlepszy plan musi mieć jakąś wadę. Tym razem był to Joran, starszy
nadopiekuńczy brat, Alison, który trochę namieszał, ale oto jesteś. I jak Ci
się podobała moja historia Raven?
-Nie
wierzę Ci! Jesteś kłamcą i nikim więcej!- Krzyczę i dostaje w twarz od
tajemniczego mężczyzny.
-To
zacznij! Rafael i Byron żyją, a ty się nie długo o tym przekonasz, mała suko.-
Słyszę jak wstaje.
-
I pamiętaj Raven. Mortem sit, et mendacium.- Mówiąc to wychodzi.
Biorę
dziesięć płytkich oddechów i wypowiadam przetłumaczone słowa mężczyzny.
-Śmierć
może być kłamstwem.
__________________________________________________________________________
I oto jest świeżutki rozdzialik skończony przed 20 minutami. Jest mega długi, abyście mi wybaczyli że tak długo musieliście czekać. No więc w tym rozdziale jest sporo zamieszania, a zapewniam was że w następnych będzie jeszcze więcej. Do następnego !