Minęły 4 dni od tamtej rozmowy.
Przez cały ten czas, Brian nawet słowem nie zająknął się o Simonie czy
zdarzeniach jakie miały miejsce na samym
początku naszej wycieczki. Jednak to nie sprawiło że choćby na chwile
zapomniałam o tym co powiedział Brian.
Jaki to musiał być zbieg
okoliczności, żeby nowy uczeń przypadkiem znalazł się we właściwym miejscu o
właściwym czasie. Zaledwie parę minut po tym jak ktoś Cię zepchnął. Pomyśl o
tym, Raven.
I to właśnie nie daje mi spokoju. Dlaczego ktoś taki jak Simon
Reyes chciałby mojej śmierci? I co najważniejsze dlaczego Brian w ogóle
wyciągnął takie wnioski? Brian coś ukrywa, jednak każdy z nas ma swoje własne
sekrety. Tak jak ja. I dlatego właśnie o nic nie będę go pytać. Zaufam mu i
poczekam aż sam wyjawi swoją tajemnice.
-Halo?? Jest tu kto? - Widzę rękę
machającą mi przed twarzą. Mrugam szybko i odrywam spojrzenie od ogniska na
twarz intruza. Ku mojemu zdziwieniu jest to twarz a raczej głowa Tobiasa Brown'a, chłopaka któremu Brian
praktycznie chciał odgryźć głowę po tym jak nauczyciel kazał mu zaprowadzić
mnie do pielęgniarki.
-Hej. Ja... Umm... zamyśliłam
się.- Mówię drapiąc się w tył głowy. Tobias wybucha śmiechem, co przyprawia
mnie o delikatne rumieńce.
-Tak. Zauważyłem. Twój wyraz
twarzy... Wyglądałaś jakby twoje ciało było tylko pustą powłoką, a ty, to kim
jesteś dryfowało gdzieś tam.- Kończąc stuka delikatnie w moją skroń.
-Taaa. To czasami jest ...-
Urywam w poszukiwaniu odpowiedniego słowa. Ku mojej uldze Tobias zmienia
temat.- Więc już wróciłaś? Jesteś tu z nami obecna? Duchem i sercem?- Marszczę
brwi.- Chodzi mi o to co działo się z Tobą przez ostatnie dwa lata.- Aha i
wszystko jasne. Kiwam głową.- Taaa. Wróciłam i już wszystko w porządku. Brian.
On ...- Kolejny raz urywam w poszukiwaniu idealnego słowa, tym razem
określającego to co Brian dla mnie zrobił tym zderzeniem, kiedy się poznaliśmy.
- Potrząsnął Tobą. Sprawił że wydostałaś się z za tej ściany, którą zbudowałaś
by chronić swoje potrzaskane serce i nie zwariować.- Jeszcze kilka miesięcy
temu zignorowałabym Tobiasa albo nakrzyczała na niego że wchodzi w moje życie z
butami. Teraz wiem że ma racje. Teraz wiem że potrzebowałam kogoś kto wszedłby
z butami w moje życie i trzymał się tak bardzo mocno by w nim zostać, jak Brian.
- Ale wierz mi. Tylko wariaci są coś warci.- I z tymi słowami odchodzi. Gdy
dłużej myślę o naszej rozmowie, tym większy znajduje sens w słowach Tobiasa.
Zaczynam rozumieć że potrzebowałam takiej rozmowy z kimś z zewnątrz. I czuje
jak niewielka część tego okropnego ciężaru który noszę znika.
- Wszystko w porządku, skarbie?-
Brian kuca i całuje mnie w policzek. Przewracam oczami. Jest cholernie
opiekuńczy od dnia wypadku. Nie żeby wcześniej nie był.
-Tak, tak.- Muzyka w tle zmienia
się na wolniejszą. Brian patrzy na mnie z szerokim uśmiechem. Kłania mi się i
pyta szarmancko:- Czy zechciałaby Pani zaszczycić mnie tańcem?- Kręcę głową na
pomysły mojego chłopaka i z jego maleńką pomocą wstaje. Mój niezrównoważony chłopak obejmuje mnie w talii i przenosi kilka
metrów dalej. Stawia mnie na ziemi, wciąż obejmując mnie swoimi umięśnionymi
ramionami. - Nie wygłupiaj się Brian. Nie umiem tańczyć. - Szepcze głośno.
Jednak mój chłopak wzdycha głośno z wyraźną ulgą. - Dzięki bogu, bo ja też nie.
Było by bardzo źle, gdybym się zbłaźnił przed moją piękną, piękną dziewczyną.-
Opieram głowę o jego pierś i kiedy chichocze słyszę śmieszne dudnienie
wydobywające się z jego piersi. Kołyszemy się przez chwilę aż naglę wyczuwam
pewną zmianę w Brianie. Podnoszę głowę i patrzę w jego cudowne zielone oczy.
-Raven, ja... Muszę Ci coś
powiedzieć.- Przenoszę ręce na jego szyje wciąż na niego patrząc. Brian
odwzajemnia moje spojrzenie, patrzy na mnie tak jakby czegoś szukał. Wreszcie
bierze głęboki wdech i przytulając mnie do siebie mówi: Nic. Już nic. Stoimy
tak po prostu się przytulając aż kończy się piosenka.
-Wracamy?- Pyta. W odpowiedzi
kiwam głową.
*
Dlaczego ja w ogóle pakuje tego
słodkiego, lenia jakim jest Brian? Ach, no tak jest moim chłopakiem i chce mi
się płakać, kiedy widzę jak to dziecko pakuje ubrania do walizki. No dobra
pakowanie to nie jest słowo, którym bym określiła to co robił Brian. To było
raczej wrzucanie. A potem po prostu, najzwyczajniej w świecie kazał mi na niej
usiąść. Tak właśnie dlatego teraz go pakuje.
-Skończone.- Mówię podnosząc się
z podłogi i podziwiając moje dzieło.
-Wiesz że nie musiałaś.-Zasuwa
walizkę i stawia ją na nóżkach.- Wiem.-Odpowiadam.
Przez chwilę rozgląda się po
pokoju.- A gdzie twoja walizka?- Pyta. Chichoczę widząc jego minę.- W holu.
Unosi brew i kręcąc głową
wychodzi z pokoju z walizką w ręku.
-Głupek.-Mówię cicho.
-I tak Cię słyszę!!- Odkrzykuje,
sprawiając że śmieje się jeszcze bardziej. Podchodzę do łóżka, poprawiam
pościel i naglę moją uwagę przykuwa coś błyszczącego. Pochylam się i wyciągam
rękę najdalej jak się da, starając się wyciągnąć owy błyszczący przedmiot. Muskam
czubkami palców chłodne srebro i rozpoznaję coś znajomego w tajemniczym
przedmiocie. Kiedy go wyciągam razem z ręką spod łóżka oniemieje z wrażenia.
Moja bransoletka! Ta sama którą kilka dni temu zgubiłam. Bransoletka od Rafe!
Oglądam ją z każdej strony i po dokładnych oględzinach stwierdzam że nie jest
uszkodzona. W takim razie musiała mi się zsunąć z nadgarstka, kiedy spałam
pierwszego dnia obozu. Zapinam ją najciaśniej jak mogę na prawym nadgarstku,
tam gdzie zawsze było jej miejsce. Czuje nie wyobrażalną ulgę mając ją z
powrotem.
-Idziesz, Raven?- Słyszę zza
pleców głos Briana.
-Tak.- Z małą pomocą mojego
chłopaka wstaje i razem trzymając się za ręce idziemy do autobusu.
*
Po długiej podróży do domu,
szkolny autobus wreszcie zatrzymał się na szkolnym parkingu. Z jednej strony
cieszę się że jestem już w domu, a z drugiej jestem przerażona. Czuje jak
niewidzialna ręka ściska moje serce, przypominając o jutrzejszym dniu. O dniu
pełnym smutku i cierpienia. Wysiadam z autobusu za Brianem i od razu zauważam
czarną limuzynę i stojącego przy nim Romana. Wzdycham zatrzymując się na chwilę
na schodkach autobusu. Dlaczego myślałam że mogło by być inaczej? Przytulam się
do ciepłego ciała Briana i całuje go namiętnie ignorując gwizdy i wiwaty innych
uczniów.
-Do zobaczenia jutro.- Mówi Brian
muskając delikatnie moje usta. Nie miałabym serca, gdybym mu powiedziała że w najbliższym czasie się z
nim nie spotkam. Ściska mnie ostatni raz nim mnie wypuści. Nie odwracając się
biegnę do samochodu.
-Zawieź mnie do domu, Roman. Jedź
tak jakby skończyć miał się świat.
*Brian*
Raven zaczęła się dziwnie
zachowywać od chwili kiedy wjechaliśmy do Waszyngtonu. Jednak postanowiłem na
nią nie naciskać i poczekać aż sama mi powie co ją gryzie . Oczywiście jeśli
będzie chciała. Nie jestem jakimś wścibskim, pokręconym nastolatkiem który musi
wszystko wiedzieć. No dobra może jestem pokręcony i nie jestem już nawet
nastolatkiem, ale naprawdę zależy mi na Raven. Wciskam guzik pilota
przyczepiony do czarnego kluczyka od mojej czarnej Hondy NSX. Samochód pika
głośno. Natychmiast zajmuje miejsce za kierownicą i wsadzam kluczyk do
stacyjki. Wciskam sprzęgło, wrzucam jedynkę i dodaje gazu, puszczając powoli
sprzęgło. Samochód rusza, a ja kieruje się do dzielnicy w której mieszka mój
kumpel, a zarazem szef Zeke. Jadę pustymi ulicami Waszyngtonu, obserwując
mijane przeze mnie różnorodne budynki. Z tym miejscem związanych jest wiele
moich najpiękniejszych wspomnień. Wszystkie związane z Raven, która szybko
staje się moim powietrzem, moim narkotykiem, całym moim światem. Zaczynam czuć
do Raven coś więcej i wszystko to co przed nią ukrywam ciąży mi na sercu. Od
początku zmuszony byłem ją okłamywać, a nie chcę by kiedykolwiek stanęły między
nami moje kłamstwa. Przy Raven czuje się w pełni sobą, nie czuje że muszę udawać kogoś innego. Raven jest piękna i co najważniejsze jest moja.
Przyśpieszam do 120 km i już po minucie jestem na miejscu. Wyciągam kluczyk ze
stacyjki i wysiadam. Naciskam odpowiedni guzik na pilocie i słyszę znajomy
odgłos zamykania zamków. Jednym krokiem pokonuje trzy schodki i pukam do
szklanych drzwi. Otwiera mi Hallvor, starsza kobieta która jest matką Zeke.
-Cieszę się że cię widzę,
Brianie.- Mówi ściskając mnie mocno.
-Ja za tobą też, Hallvor. Gdzie
on jest?
-Jest w sypialni. Od godziny
chędoży jakąś dziwkę.- Odpowiada mi gniewnie. W jej głosie słychać cień
francuskiego akcentu. Kiwam głową i Hallvor znika gdzieś w holu. Nie mam
zielonego pojęcia, gdzie jest sypialnia Zeke więc podążam za dźwiękami rodem z
kanału Animal Planet. Po kilkunastu sekundach staje przed drzwiami do sypialni
Zeke i wale w nie pięścią.
- Kończ to pieprzenie, Zeke!-
Siadam na kanapie w salonie, który znajduje się kilka pomieszczeń dalej od
sypialni. Jednak wciąż słyszę te dzikie jęki i okrzyki. Po około kilku minutach
jęki ustają i wreszcie drzwi się otwierają. Z pokoju wychodzi czarno włosy
chłopak o niebieskich oczach. Jego ciało pokrywa opalona skóra i liczne
tatuaże. Jego mocno opalona skóra, pokryta tatuażami opina twarde mięśnie. Słyszę specyficzny dźwięk wydawany przez jego metalową protezę,
która zastępuje całą jego prawą nogę od stopy do kolana. Zeke z ponurą miną siada
naprzeciw mnie na fotelu.
- Po pierwsze co ty tu robisz. A
po drugie dlaczego pieprzysz tą laskę, kiedy masz dziewczynę?
-Po pierwsze brachu, moja
dziewczyna ze mną zerwała, a po drugie przyjechałem zobaczyć jak się ma nasz
obiekt.
-Serio Zeke? Obiekt?- Straszy ode
mnie mężczyzna, który jest dla mnie jak brat zaczyna mnie wkur***ć.
-Wiesz o co mi chodzi. Zależy mi
na ochronie dziewczyny, jej brat nie żyje a ja obiecałem mu że będę ją chronić.
Raven jest dla mnie jak siostra, dlatego wole się upewnić że jest bezpieczna.
-Nie ufasz mi , Zeke?- Przewraca
oczami jednak po chwili poważnieje.
-Ufam. Jednak cały czas
zastanawiam się czy to być dobry pomysł, by powierzyć Ci opiekę nad Raven.
Teraz to jestem naprawdę
wkur***ny.
-O co ci chodzi, Zeke?
-Wiesz o co mi chodzi, Brian.
Czujesz coś do tej dziewczyny odkąd po raz pierwszy ją zobaczyłeś. A była wtedy
z Byronem. Ale ciebie to nie powstrzymało i w końcu znalazłeś sposób by z nią
być. Wtedy myślałem ze to dobry pomysł, ale teraz już nie jestem tego pewny.
To jest jawna obelga. Wstaje i
ignorując mężczyznę zmierzam w kierunku wyjścia.
____________________________________________________________________________
Oto i kolejny. Jeszcze nic się zbytnio nie dzieje lecz to się zmieni wraz z następnymi rozdziałami. No tym razem było kilka komentarzy. Obowiązuje ta sama zasada co w poprzednim rozdziale, tylko bez oszustw.
Lecę pisać 15. Do następnego!
Wklejam wam tu zdjęcie samochodu Briana:
Cześć, kochana ;) Miło było zobaczyć nowy rozdziałek, tylko szkoda, że tak późno, musiałam się naczekać! Czy widzę na samej górze chmurkę "Okay? Okay." Och... chyba mamy o czym rozmawiać :3 Raven jest tak blisko rozwiązania zagadki, a Brian tak blisko wyznania prawdy! Jeśli to zrobi, pogrąży się, lecz kiedy ona dowie się pierwsza... nie chciałabym być w jego skórze xD Może lepiej niech sam jej o wszystkim powie. Och, jakże Tobias poetycko mówi. W sumie to ma rację, Brian wyciągnął Raven z dołka. Tylko po co. Niepokoi mnie końcówka. I nie potrafię poskładać tego w całość, więc musisz mi pomóc ;p Mieszasz, dziewczyno, i jest fajne. A ten cały Zake... lol. Czy on ze sztuczną nogą...? No. Muszę przyznać, że jesteś bezpośrednia, haha. A, i jeszcze to pakowanie walizki, urocze. FACECI <3 Czyli Raven powróciła (ze swoją bransoletką) do domu i codziennego życia. Ciekawe, co będzie dalej. Fajne to autko Briana, a skąd ma tyle chajsu, interesujące xd Czekam na bliźniaka <3
OdpowiedzUsuńOch, oczekuję na nexta. Mam nadzieję, że pojawi się szybciej :D
Pozdrawiam cieplutko ;*
ludzieumyslu.blogspot.com